poniedziałek, 7 stycznia 2013

Anarchia - Księżycowy terrorysta

Muzycznie jest to przeróbka jednego z moich ulubionych kawałków reggae: fantan mojah -nuh build great man, koniecznie sprawdźcie w sieci, jest moc, tekst własny.



Anarchia

Ref:
Mówią, taki czas
To ciemność siedzi w nas
I oni po to są, byśmy nie dotknęli dna
I po to dają prawa nam
I muszą strzec
Byśmy nie zabili się

1.
Nie wierzę temu nie
Bo wcale nie jest źle
Tam gdzie życie własnym torem toczy się
No powiedz przecież sam
Czy kary boisz się
Czy dobrym wolisz być
Bo ze złem się czujesz źle

Popatrz wreszcie dookoła, czy zobaczyć to zdołasz,
Mądrzy ludzie w garniturach, w telewizji puste słowa,
Na ulicy tłum sam nie wie po co
Ktoś się karmi jego krwią

Ref:
Mówią, taki czas…

2.
Ty wierzysz nadal im
Gdy mówią: „podnieś broń,
Ojczyzna potrzebuje twojej krwi”
Kryzys, kryzys, kryzys to nie my,
Kryzys to zrobiliście wy.

Więc bracie mój, z tej czy tamtej strony
Nie trony, nie salony, ani banków szpony,
Lecz tylko plon zielony,  nie daj ogłupić się, ogłupić się
I praca twoich dłoni, nie daj ogłupić się, ogłupić się

Mówią – ekonomia to jest temat nie dla wszystkich
Milionerzy z Wall Street nie są w ciemię bici
A nad tobą niewidzialny bat
Taka twoja dola psia

To nie nowość jest, tak od tysięcy lat,
Nadszedł czas by brat bratu ofiarował kwiat
Wtedy cały świat, w niewoli od wielu lat
Każdy będzie wiedział kto przyjaciel a kto kat

Powiedz nie ołowianej kuli
Powiedz nie patriotycznej czci
Moją ojczyzną moja rodzina
Powiedz nie finansjery drwinie

Powiedz nie ołowianej kuli
Powiedz nie patriotycznej czci
Moją ojczyzną cała Ziemia
Powiedz nie finansjery drwinie

Ref:
Mówią, taki czas…

środa, 2 stycznia 2013

Wilcze szczenię

Pomimo coraz gorszego przeziębienia udało mi się skończyć "Wilcze szczenię", choć wokale musiałem nagrywać kilka dobrych razy:) Jest to mój biedny tribute dla Akli D. Ma taką genialną piosenkę, której nie mogłem wyrzucić z głowy (Anfas Tranquil), i z tego wzięło się Wilcze szczenię.




Wilcze szczenię

1
Spytał chłopiec Pana Boga:
Jak tak może być?
Czemu Panie nic nie zrobisz
Czemu świata nie naprawisz, nie?

Gniewam się na ciebie Boże
Że ten świat jest zły
Jak dorosnę, jak dorosnę
To pokażę, to pokażę kły

Dan, da ri di du du dan dar dej
Dan da ri di du du dej
Dan, da ri di du du dan dar dej
Dan da ri di du du
Dan da ri di da da dej

Ło joj, ło joj, ło joj, ło joj

Jak dorosnę, jak dorosnę
To pokażę, to pokażę kły

2
Generałów powiesimy
Na lufach ich dział
A nafciarzy napoimy
W gardła ropę nalejemy im

Ziemię bankom odbierzemy
Zasiejemy plon
Polityków podpalimy
Z ich kłamstw ułożymy piękny stos

Dan, da ri di du du dan dar dej…

Ło joj, ło joj, ło joj, ło joj

Polityków podpalimy
Z ich kłamstw ułożymy piękny stos

3
Spytał chłopiec Pana Boga:
Jak tak może być?
Czemu Panie nic nie zrobisz
Czemu świata nie naprawisz, nie?

Gniewam się na ciebie Boże
Że ten świat jest zły
Jak dorosnę, jak dorosnę
To pokażę, to pokażę kły

Dan, da ri di du du dan dar dej

Ło, joj, ło joj, ło joj, ło joj

Jak dorosnę, jak dorosnę
To pokażę, to pokażę kły

4
Bóg popatrzył smutno z nieba
Deszcz to jego łzy
Chociaż chłopiec długo czekał
Nie usłyszał, nie usłyszał nic

A świat nadal w dół się stacza
Nie pomogły łzy
Nie pomogą szubienice
To już było, już za dużo krwi

Ło, joj, ło joj, ło joj, ło joj

Nie pomogą szubienice
To już było, już za dużo krwi

sobota, 15 grudnia 2012

Księżycowy terrorysta

Witajcie
Niedawno zacząłem swój projekt muzyczny. Nazywa się Księżycowy terrorysta, dzielę się w nim swoimi przemyśleniami w formie piosenek. Jest frajda:) Jest też strona fejsbukowa, zapraszam: http://www.facebook.com/ksiezycowy.terrorysta

Jak na razie są trzy kawałki:

Apokaliptyczny dowcip
Afganistan
Tajemnica

niedziela, 4 listopada 2012

Na wasze totemy oddaję mocz



    Nie chcę ględzić, a z drugiej strony chcę wrócić do nawyku pisania. Przynajmniej jedna strona, żeby słowa płynęły, nie zatrzymywały się, żeby przecierały się ścieżki skostniałej kreatywności. No więc… Ręka ma się nie zatrzymywać. No więc… 
     Smoleńsk, kolejny pogrzeb, pomieszane ciała, wymiana trumien, narodowo-katolicki patos, rzygam tym. Tyle lat mieszkałem poza Polską i się odzwyczaiłem. Albo się pogorszyło, tak też może być. Czy mi się zdaje, czy ludzie się już zaczęli bać wyrażać swoją opinię? Na przykład nie wolno powiedzieć złego słowa na polskich najemników dających dupy w Afganistanie, czy Iraku, których w dodatku promuje się na patriotów. Jacy patrioci? Gówniarze, którzy z braku ekonomicznych możliwości w tym polskim bajzlu korzystają z okazji, żeby zarobić na przemocy. A tłuste świnie u koryta, Tuski, Kaczyńscy, Komorowscy, Rydzyki, robią patriotyczno-religijno-histeryczny szoł. Naprawdę można się porzygać. 

     Czy naprawdę chcę się tym katować na wieczór? Powiem szczerze, że mi samemu udziela się ta paranoja. Choćby teraz: waham się, czy napisać szczerze niektóre rzeczy. 

     Na przykład Smoleńsk. Pamiętam czarne wstążeczki na fejsie, patetyczne pierdoły, jakie ludzie pisali z miłości do swoich władców. Moje odczucia były natomiast inne. Radość, ulga. Zastanawiałem się, czy nie kupić szampana. Bo mój odbiór rzeczywistości jest taki, że to są okupanci zwykłych ludzi, pijawki*. Najszczęśliwszy byłbym, gdyby tak wyszykować z tysiąc takich Tupolewów, zapakować światowych prezydentów, ministrów, generałów, bankierów i pierdolnąć nimi o rząd pancernych brzóz. Byłem w szoku, kiedy prawie wszyscy wpadli w sentymentalny żal po martwych okupantach. Żałoba, poezje, msze, modlitwy. Szaleństwo (wiem, że w tym samolocie zginęli też zwykli ludzie i te krytyczne słowa nie odnoszą się do nich). Przecież więcej miałoby sensu płakać nad rozbitym samolotem z normalnymi ludźmi, takimi jak my. To z nimi mamy więcej wspólnego. To zwykli ludzie wiedzą ile kosztuje chleb, ledwo wiążą koniec z końcem, harują dla swoich rodzin, kłócą się, idą na piwo, oglądają Rodzinka.pl. Ale przy takich „zwykłych” wypadkach poziom emocji jest zrównoważony. Człowiek popatrzy na dziennik, skrzywi się, będzie miał pięć sekund refleksji i może jeszcze temat dnia do kolejki w sklepie. I to wszystko. A kiedy rozbija się samolot z ludźmi, którzy nami manipulują, rządzą, żyją z naszej pracy, sami nie robiąc nic, bawią się na bankietach, jeżdżą na konferencje, podlizują się wielkim z innych państw (szczególnie z jednego), to naród przez kilka lat tym żyje, podnieca się, histeryzuje. 

     Wyrażam tutaj swój gniew, na terapii mi wyszło, że to dla mnie dobre, ale nie zachęcam do wysadzania samolotów z politykami (choćby dlatego, że szkoda tych ładnych stewardess). Jestem za obywatelskim nieposłuszeństwem, biernym oporem i tworzeniem pozytywnych rozwiązań, nie za przemocą. Po prostu dziwie się, na jakim świecie żyję, jak bardzo jeszcze większość ludzi jest zacofana, przywiązana do łaszenia się do pańskiej ręki. Dziwię się też, jak mało ludzi protestuje. Powinna być przecież jakaś elita intelektualna, naśmiewająca się z narodowych, religijnych, społecznych bożyszcz i totemów. Żeby utrzymać jakiś balans, odświeżyć krew w narodzie. Nic z tego. Intelektualiści albo milczą (ze strachu?), albo mizdrzą się do polityków, bądź elit finansowych, bądź też do siebie samych. A przecież te nasz śmieszne polskie totemy trzeba wyśmiewać, szydzić z nich, bluźnić przeciwko nim, obszczywać. Bo inaczej ludzie się przyzwyczają. I zamienimy się w Talibów. 

     Niech ktoś nazwie Karola Wojtyłę Jasiem Trzęsiłapką (mój teściu, stary komuch jest mistrzem takich przezwisk), niech powie, że ma w dupie Zbrodnię Smoleńską, albo że religia powinna wypierdalać ze szkół, urzędów i publicznej telewizji, bądź też stwierdzi, że Głowa Państwa to burak… Ok., nie są to głębokie przemyślenia. Dałoby się więcej, bardziej naukowo i historycznie przeanalizować błędy Jana Pawła II, rolę kleru w Polsce, itp. Mi nie chodzi jednak o naukową analizę, intelektualne żonglerki, szpanowanie głębią swojej opinii. Chodzi mi tylko o to, że brzydzi mnie ta polska dzicz podrygująca przed koślawymi, śmierdzącymi totemami. I nie tylko o Polskę chodzi – każdy kraj ma jakiś swój zbiór „świętości”, wszyscy siedzą w oparach ciemnoty, podtrzymywanej przez instytucje religijne, polityczne i finansowe. Łatwo się steruje durną masą, podniecającą się ekshumacjami, meczami, zbrodniami wojennymi sprzed 60 lat. Ciemna masa nie pyta, gdzie idziemy, kto coraz ciaśniej trzyma w garści zasoby tej planety, kto wykańcza Afrykę, kto zarabia na zbrojeniach, kto nas truje, kto pozbawia nas przyszłości. 

     Mdli mnie na myśl, że jakiś gorliwy idiota doczepi się do mnie o obrażanie religijnych i narodowych wartości, i będę musiał z nim dyskutować, bronić się, a może nawet zapłacić karę, jak ten biedny facet, co powiedział, że polscy żołnierze, którzy zginęli w Afganistanie są sami sobie winni, i sąd nałożył na niego 300 złotych mandatu. Zdaje sobie też sprawę, że to nie jest spójny, dobrze napisany esej, którym można by się pochwalić. Ot kilka terapeutycznych zapisków na bloga. Ale czuję się lepiej, że to z siebie wyrzuciłem. Może ktoś się zainspiruje, zobaczy że nie jest sam w tym cyrku, może też skleci kilka słów od serca, co go męczy i brzydzi. 

     Ja sobie tak myślę, że dobrze mieć świętości w życiu. Też mam. Wierzę w Boga, kocham żonę, cenię przyjaźń, lojalność, odwagę, nie jem zwierząt, uważam też, że natura jest wyrazem boskości. Ale nigdy przed żadną z tych świętości się nie kłaniam, ani nie pozwalam, żeby mnie zaślepiła. Bo świętości mają nas napełniać, nie zamieniać w matołów.

* Chciałem tu rozjaśnić, bo dotykam tematu ekstremalnie drażliwego. No więc nie uważam, że mam tutaj absolutną rację. Może większość tych ludzi była w porządku, może na swój sposób próbowali pomóc, działać dla innych, nie wiem , co w nich siedziało, nie osądzam. Tu chodzi jednak o coś innego – o prawo do mówienia o wszystkim, wyrażania wszystkich swoich emocji, bez neurotycznego zastanawiania się, czy nie wzbudzi się oburzenia, czy nie przylepi się nam opinia zwyrodnialca, albo nawet, czy nie przypieprzy się do nas aparat „sprawiedliwości”. Tego (prawa do wyrażania opinii) jest coraz mniej, i to nie tylko w Polsce, ale wszędzie, nawet w Stanach, tej rzekomej kolebce wolności słowa.

niedziela, 15 maja 2011

Złodzieje i rabusie



Złodzieje i rabusie
Lew Tołstoj

W nocy myślałem o tym, jakby dobrze było wyraźnie określić te występne zajęcia, których nie tylko chrześcijanin, ale zwykły porządny człowiek, nie zbrodniarz, pragnący się nie czuć zbrodniarzem — wykonywać nie może. Wiem, że handlarz, fabrykant, rolnik, bankier, kapitalista, nieszkodliwy urzędnik, jak: nauczyciel, profesor malarstwa, bibliotekarz itp., żyją z tego, co zostało ukradzione, zrabowane; ale trzeba odróżniać złodziei i rabusiów od ludzi, którzy żyją z owoców kradzieży. I właśnie tych złodziei i rabusiów trzeba by wyodrębnić spośród pozostałych, jasno ukazać zbrodniczość, okrucieństwo, haniebność ich działalności.

A imię takich ludzi — legion. 1) Monarchowie, ministrowie: a) spraw wewnętrznych, przez stwarzanie przemocy policyjnej, egzekucji, pacyfikacji; b) finansów — podatki; c) sprawiedliwości - sądy; d) wojny; e) wyznań religijnych — oszukiwanie ludu — a także wszyscy urzędnicy, całe wojsko i całe duchowieństwo. Przecież to są miliony. Żebyż tylko zrozumieli co czynią.

piątek, 13 maja 2011

Otwarcie Christianii



Otwarcie Christianii
30.04.2011

Dziś ma się odbyć manifestacja w proteście przeciwko rządowej polityce wobec Wolnego Miasta Christianii. Wziąłem więc aparat, zeszyt, długopis, i postaram się zrobić trochę reporterskiej roboty.

Dzień piękny, słońce aż oślepia, ciepło, ptaki śpiewają tak głośno, że prawie zagłuszają szum pobliskiej autostrady. Stacja pusta, tylko ja z rowerem, weekend, w lesie ktoś biegnie, dysząc ciężko, pewnie jogger. Chce mi się cholernie palić, ale przecież jestem niepalący (jak sobie hipnotycznie powtarzam), więc nie zwracam uwagi na ssanie w płucach, zamiast tego skupiam się na soczystej zieleni, zapachu liści, rozkwitających drzew i próbuję bez powodzenia zgadywać nazwy ptaków, po piskach, jakie wydają.

* * *

Może opowiem coś o samej Christianii, siedzę w pociągu, więc mam trochę czasu. Historia powstania i rozwoju tej społeczności jest bardzo barwna. W 1971 grupa aktywistów, hippisów, artystów zniszczyła bramę prowadzącą do starych koszarów. Ogłosili, że tworzą Wolne Miasto Christianię, społeczność kolektywną. Oczywiście rząd nie był zadowolony, ale mieszkańcy stawili tak zaciekły opór, iż wreszcie uznano ich status jako eksperymentalnej społeczności. Mieszkańcy Christianii stanowią przykład demokracji bezpośredniej, wszystkie decyzje podejmuje się na zebraniach mieszkańców, gdzie każdy może zabrać głos.

Nie obyło się bez kryzysów, które trwają do dzisiaj. W latach osiemdziesiątych miejsce upodobali sobie dealerzy z Hells Angels, którzy sprzedawali nie tylko marihuanę i hasz, ale i ciężkie dragi. Mieszkańcy tolerowali to, ale kiedy około dziesięciu osób zmarło z przedawkowania heroiny, postanowili coś zrobić. Pierwszy pomysł polegał na współpracy z policją. Kilku mieszkańców przekazało władzom imiona handlarzy heroiną. Okazało się to błędem – policja zostawiła dilerów heroiną w spokoju, zamiast tego przeczyściła szeregi handlarzy miękkimi dragami. Co więcej ujawniła nazwiska mieszkańców, którzy przekazali im dane dilerów. Ze strachu przed zemstą musieli wyprowadzić się z Christianii.

Widząc, że na władzę nie mają co liczyć, mieszkańcy sami wyrzucili Hells Angels, a uzależnieni od heroiny mieszkańcy musieli zacząć odwyk.

Kolejny kryzys, trwający do dzisiaj zaczął się już w nowym tysiącleciu. W lewicowej dotąd Danii zaczęła coraz bardziej dochodzić do głosu prawica. Na zielone, położone blisko centrum tereny zaczęli ostrzyć sobie zęby deweloperzy. Oficjalnie rząd stwierdził, że chce unormować prawo własności w Christianii (zgodnie z jedyną słuszną doktryną indywidualnego prawa własności), nie uznając praw własności kolektywu. Mieszkańcom zaproponowano prawo pierwokupu, co raczej zakrawa na kpinę, ponieważ groszem raczej nie śmierdzą. Poza tym po czterdziestu latach wszyscy przywiązani są do kolektywnego modelu, w którym wszyscy wspólnie decydują o losie i kształcie społeczności. Rząd i sądy zupełnie zignorowały opinie mieszkańców, odrzucono ich wszystkie apelacje. Christiania musi przyjąć zasady doktryny wolnorynkowej, czy tego chce, czy nie. W oczach prawa nie istnieje coś takiego jak własność kolektywna.

Christiańczycy nie poddają się jednak. Kiedy wszystkie „legalne” sposoby zawodzą, pozostaje przecież obywatelskie nieposłuszeństwo i protesty. Na razie jeszcze pokojowe, ale jak pokazują doświadczenia z poprzednich lat (jak choćby przegrana przez policję bitwa z 2007), ludzie tutaj potrafią walczyć o swoje.

Christiania nie jest idealnym miejscem. Nad „centrum” unosi się chmura haszyszowego dymu, obwieszeni złotem gangsterzy podejrzliwie spoglądają spod oka, strzegąc swoich kilkumetrowych stref wpływów, pijani Eskimosi jak wyrwane z korzeniami drzewa, opierają się chwiejnie o ściany, albo leżą pod ławkami, rozgorączkowani nastolatkowie szukają zakazanych wrażeń.

Ale Christiania ma też drugą twarz, tę piękniejszą, ważniejszą. W potopie zieleni rzucają się w oczy kolorowe plamy koślawych, pięknych chatek, dobudówek, szopek, wieżyczek. Plątaniny ścieżek prowadzą pośród tych koszmarów architekta, człowiek czuje się jak Alicja w Krainie Czarów, albo jak stalker w Pikniku na skraju drogi, tak dziwnie, ale i miło w jakiś sposób, swojsko, jak wspomnienie z dzieciństwa.

Ktoś rąbie drwa, ktoś uprawia ogródek, albo konstruuje fantazyjną mutację roweru, grupka dzieci bawi się w chowanego, uśmiechnięte, stare kobiety siedzą na ławkach przed domami i robiąc na drutach, wymieniają plotki.

Takich miejsc już nie ma, a szczególnie nie ma ich w Europie, która tonie już coraz bardziej w kapitalizmie, w gardzącym społecznością indywidualizmie – ale nie indywidualizmie twórczym, dodającym skrzydeł, lecz tym wstrętnym samolubnym, nastawionym na samozadowolenie, obojętnym na innych.

niedziela, 8 maja 2011

Wartość społeczna Szkoły Nowoczesnej



Wartość społeczna Szkoły Nowoczesnej *
Emma Goldman

Aby w pełni pojąć ważność Szkoły Nowoczesnej, musimy najpierw zrozumieć szkołę w sposób, w jaki działa obecnie, a następnie ideę kryjącą się we współczesnym ruchu edukacyjnym.

Czym w takim razie jest dzisiejsza szkoła, bez względu na to, czy jest publiczna, prywatna czy parafialna?

Jest ona dla dziecka tym, czym więzienie jest dla skazanego, a koszary dla żołnierza – miejscem, gdzie używa się wszystkiego, aby złamać wolę dziecka, a następnie ubić, wyrobić i ukształtować je w jednostkę zupełnie obcą samej sobie.

Nie mówię, iż proces ten jest świadomy; jest to po prostu część systemu, który może utrzymać się tylko poprzez absolutną dyscyplinę i uniformizm; myślę, że w tym leży największa zbrodnia współczesnego społeczeństwa.

Naturalnie, metoda złamania czyjejś woli musi zacząć się w bardzo wczesnym wieku, to znaczy jeszcze jako dziecko, ponieważ w tym okresie ludzki umysł jest najbardziej uległy; tak jak akrobaci, aby osiągnąć pełne panowanie nad mięśniami, zaczynają ćwiczyć w okresie, kiedy ich mięśnie są ciągle elastyczne i podatne na wpływ.

Sam pogląd, iż wiedzę można osiągnąć tylko w szkole, poprzez systematyczną musztrę i że czas szkoły jest jedynym okresem, w którym można zdobyć wiedzę, jest sam w sobie tak niedorzeczny, iż całkowicie dyskredytuje nasz system edukacji jako arbitralny i bezużyteczny.

Przypuśćmy, że komuś by zasugerowano, iż najlepsze efekty, zarówno dla społeczeństwa, jak i jednostki, można osiągnąć przez przymusowe karmienie. Czy nawet największy głupiec nie zbuntowałby się przeciwko takiej głupocie? A jednak żołądek ma o wiele większą zdolność przystosowawczą do prawie każdej sytuacji, niż mózg. Mimo to uznajemy za coś naturalnego przymusowe mentalne karmienie.

Tak naprawdę uznajemy się za lepszych od innych narodów, ponieważ udało nam się stworzyć mentalną tubę, przez którą, kilka godzin dziennie, przez wiele lat, wpychamy do umysłu dziecka wielkie ilości mentalnego pożywienia.

Emerson powiedział sześćdziesiąt lat temu: „Jesteśmy studentami słów; zamykamy się w szkołach i uniwersytetach na dziesięć do piętnastu lat, po czym opuszczamy je jako worki pełne powietrza, nasze umysły wypełnione są wspomnieniami słów i tak naprawdę nic nie wiemy”. Odkąd zostały napisane te mądre słowa, Ameryka doszła do wszechwładzy systemu szkolnego, a jednak widzimy zupełną niemoc rezultatów.

Wielka szkoda będąca rezultatem naszego systemu edukacji nie leży tak bardzo w tym, że nie uczy niczego wartego nauki, ani że utrwala system uprzywilejowanych klas, ani że asystuje im w kryminalnym procederze rabowania i eksploatowania mas; szkoda tego systemu leży w jego chełpliwym oświadczeniu, że jest podstawą prawdziwej edukacji, w ten sposób zniewalając masy o wiele bardziej, niż zrobiłby to władca absolutny.

Prawie każdy w Ameryce, wliczając liberałów i radykałów, uważa, że Szkoła Nowoczesna jest dobra dla krajów europejskich, ale my jej nie potrzebujemy. „Patrz, jakie mamy możliwości!” – ogłaszają.

W rzeczywistości jednak współczesne metody edukacji są potrzebne w Ameryce o wiele bardziej, niż w Hiszpanii, czy w jakimkolwiek innym kraju, ponieważ nigdzie indziej nie ma takiej pogardy dla osobistej wolności i oryginalności myśli. Uniformizm i imitacja to nasze motto. Od momentu narodzin do samej śmierci, motto to jest narzucone każdemu dziecku, jako jedyna możliwa droga do sukcesu. Nie ma w Ameryce nauczyciela, czy wychowawcy, który utrzymałby swoją pracę, jeśli ośmieliłby się pokazać choć minimalną skłonność do wyłamania się z uniformizmu i imitacji.

W Nowym Jorku, nauczycielka z podstawówki, Henrietta Rodman, na lekcji literatury wyjaśniła dziewczynkom relację Georga Eliota z Lewesem (byli homoseksualistami). Jedna z nich, wychowana w katolickim domu, owoc dyscypliny i uniformizmu, opowiedziała o tym matce, która z kolei poskarżyła się księdzu, a ten zaskarżył panią Rodman do Rady Pedagogicznej. Pamiętajmy, że w Ameryce Kościół i państwo to dwie odrębne instytucje. Mimo to Rada Pedagogiczna wezwała panią Rodman i ostrzegła ją, że jeśli to się powtórzy, zostanie wyrzucona z pracy.

W Newark, w New Jersey, pan Stewart, bardzo efektywny nauczyciel podstawówki, wziął udział w obchodach upamiętniających śmierć Francisco Ferrera, w ten sposób znieważając katolików tego miasta, którzy błyskawicznie zaskarżyli go do Rady Pedagogicznej. Pan Stewart został zmuszony do przeprosin, aby móc zachować swoją pracę. W rzeczywistości nasze instytucje edukacyjne, od podstawówki do uniwersytetu są niczym innym, jak kaftanami bezpieczeństwa nałożonymi zarówno nauczycielom, jak i uczniom. Mentalny kaftan bezpieczeństwa jest największą gwarancją tępoty, bezbarwności, a bezwładna masa porusza się jak stado owiec pomiędzy dwoma wysokimi ścianami.

Uważam, że jest już najwyższy czas, żeby wszyscy zaawansowani ludzie jasno powiedzieli, iż nasz obecny system ekonomicznej i politycznej zależności utrzymywany jest nie tyle przez bogactwo i sądy, ile przez inercję społeczeństwa, musztrowanego do osiągnięcia stanu zupełnego uniformizmu, a dzisiejsza szkoła reprezentuje najbardziej efektywny środek osiągnięcia tego celu. Nie uważam, że przesadzam, ani że jako jedyna stoję na takiej pozycji. Zacytuję z artykułu autorstwa Dr. Hailmana, błyskotliwego nauczyciela, z prawie dwudziestopięcioletnim doświadczeniem. Artykuł ukazał się w Mother Earth, we wrześniu 1910:

Nasze szkoły zawiodły, ponieważ opierają się na przymusie i ograniczeniu. Dzieciom w arbitralny sposób rozkazuje się, co, kiedy i jak robić. Inicjatywa, oryginalność, samowyrażanie i indywidualność są tabu. Uważa się za ważne, żeby wszyscy interesowali się tym samym, w tej samej kolejności i w tym samym czasie. Wielbienie bożka uniformizmu trwa otwarcie i po cichu. A żeby upewnić się, że nie będzie żadnej heterodoksyjnej ingerencji, ministerstwo oświaty dyktuje szkole każdy krok, tak aby niepokojąca inicjatywa i oryginalność nie stanęły na drodze nauczyciela. Ciągle słyszymy o porządku, metodach, systemie, dyscyplinie, ale te rzeczy są raczej narzędziem represji, niż wyzwolonego życia.

W takich warunkach nauczyciele są tylko narzędziami, robotami, podtrzymującymi maszynę, z której wychodzą roboty. Upierają się przy wymuszaniu swojej wiedzy na uczniu, ignorują lub tłumią jego instynktowną tęsknotę za użytecznością i pięknem, popychają go w bezduszną musztrę. Szkoła zastępuje naturalne, wewnętrzne motywacje, które nie obawiają się trudności i nie uciekają od wysiłku, motywacjami zewnętrznego przymusu i przekupstwem, co zwykle oparte jest na strachu, antyspołecznej chciwości, rywalizacji, a to zatrzymuje rozwój radości z pracy dla samej pracy. Szkoła jest wrogiem celowego działania, gasi ogień twórczej inicjatywy i żar społecznej aktywności, zastępując je ulotnym kaprysem.

Nie trzeba dodawać, że umysł dziecka staje się otępiały, a sama jego istota wypaczona, co czyni go niezdolnym do wzięcia udziału w społecznej walce jako niezależny czynnik. Tak naprawdę w dzisiejszym świecie nie ma niczego, co wzbudzałoby większą nienawiść, niż niezależne czynniki, w jakiejkolwiek dziedzinie.

Szkoła Nowoczesna całkowicie odrzuca ten szkodliwy i prawdziwie zbrodniczy system edukacji. Głosi, że pomiędzy przymusem a edukacją nie ma większej harmonii, niż pomiędzy tyranią a wolnością; te dwie rzeczy są równie od siebie dalekie, co dwa bieguny. Podstawowa zasada Szkoły Współczesnej jest taka: edukacja jest procesem wyciągania na zewnątrz, a nie zamykania wewnątrz; dziecku powinno dać się swobodę spontanicznego rozwoju, nakierowywania swoich własnych wysiłków i wyboru gałęzi wiedzy, które chce poznawać. Nauczyciel, zamiast sprzeciwiania się, bądź też autorytarnego narzucania swoich własnych opinii, upodobań i wierzeń, powinien być wrażliwym instrumentem reagującym na potrzeby dziecka, które w danej chwili się manifestują, powinien być kanałem, poprzez który dziecko może zdobyć tyle wiedzy o świecie, ile jest gotowe przyjąć. Naukowe, dające się udowodnić fakty, w Szkole Nowoczesnej będą prezentowane jako fakty, nie będzie się jednak narzucać żadnej interpretacji teorii – interpretacji społecznej, politycznej, czy religijnej.

Dlatego Szkoła Nowoczesna musi być wolnościowa. Każdy uczeń musi być zostawiony swojej prawdziwej jaźni. Głównym celem szkoły jest pobudzanie harmonijnego rozwoju wszystkich talentów ukrytych w dziecku. W Szkole Nowoczesnej nie może być przymusu, ani żadnych zasad i przepisów. Nauczyciel może, dzięki swemu własnemu charakterowi i szlachetności charakteru, obudzić ukryty entuzjazm i szlachetność ucznia, ale nie wolno mu w żaden sposób zmuszać go do czegokolwiek. Dyscyplinowanie dziecka oznacza narzucenie fałszywego standardu moralnego, gdyż w ten sposób dziecko zaczyna oczekiwać, że kara jest czymś, co przychodzi z zewnątrz, od osoby bardziej potężnej, zamiast być naturalną i nieuniknioną reakcją jego własnych czynów.

Społecznym celem Szkoły Nowoczesnej jest rozwinięcie jednostki poprzez wiedzę i swobodną grę cech charakteru, tak że może ona stać się społeczną istotą, ponieważ nauczyła się znać siebie w relacji do swoich braci i dzięki temu może w harmonijny sposób uczestniczyć w społeczeństwie.

Oczywiście Szkoła Nowoczesna nie proponuje odrzucenia wszystkiego, co wychowawcy nauczyli się w przeszłości ze swoich pomyłek. Jednak ucząc się z przeszłych doświadczeń, musi zachęcać do samowyrażania się dziecka. Na przykład w pisaniu wypracowań dziecku rzadko pozwala się na używanie własnego osądu i wolnej inicjatywy. Szkoła Nowoczesna pozwala na wybór tematów przez uczniów z ich własnego doświadczenia, czy to imaginacyjnego, czy rzeczywistego.

Ta nowa metoda natychmiast otwiera nowe perspektywy. Dzieci są bardzo podatne na wrażenia i są bardzo żywe. Dzięki temu, że nie został im jeszcze narzucony uniformizm, ich doświadczenie z całą pewnością będzie miało w sobie o wiele więcej oryginalności i piękna, niż doświadczenie nauczyciela. Ma również sens przyjęcie, iż dziecko jest głęboko zainteresowane rzeczami dotykającymi jego życia. Czy w takim razie wypracowanie oparte na doświadczeniu i wyobraźni ucznia nie dostarczy lepszego materiału dla myśli i rozwoju, niż wypracowanie oparte na precyzyjnych metodach dnia dzisiejszego, które co najwyżej prowadzą do imitowania?

Każdy, kto choć trochę zna metody obecnej edukacji wie, że w nauce historii dziecko poznaje to, co Carlyle nazwał „kompilacją kłamstw”. Tam król, tu prezydent, oprócz tego kilku bohaterów, których trzeba wielbić – z tego składa się materiał lekcji historii. Szkoła Współczesna w nauce historii musi pokazać dziecku panoramę dramatycznych okresów i wydarzeń, obrazujących główne ruchy i epoki ludzkiego rozwoju. W tym celu musi rozwinąć w dziecku docenienie zmagań przeszłych pokoleń, dążących do wyzwolenia ludzkiej rasy.

Wstaje nowy dzień, w którym szkoły będą służyć życiu we wszystkich jego fazach i z szacunkiem podniosą każde ludzkie dziecko na jego miejsce we wspólnym życiu społecznym, którego mottem nie będzie uniformizm i dyscyplina, ale wolność, rozwój, dobra wola i radość. (…)

* Chodzi o La Escuela Moderna, założoną przez Francisco Ferrera.