sobota, 20 marca 2010

Walka pomiędzy Państwem a ludźmi



Walka pomiędzy Państwem a ludźmi

Lew Tołstoj

Trwająca od wieków walka pomiędzy Państwem, a ludźmi, prowadziła do wymiany jednej władzy na drugą, później na kolejną, itd. Jednakże w naszym europejskim świecie, od połowy zeszłego wieku, dzięki postępowi technicznemu, władza Rządu została wsparta takimi środkami obrony, że walka z nim stała się niemożliwością.

Proporcjonalnie do wzrostu swej potęgi, zwiększyła się wewnętrzna niespójność władzy. Esencją rządu jest przekonanie, że władza i przemoc są czymś korzystnym. Żeby władza była czymś dobrym, powinna znajdować się w rękach najlepszych z ludzi. Tymczasem posiadają ją najgorsi z rodzaju ludzkiego. Dlaczego? Sama natura władzy, która opiera się na przemocy wobec bliźniego jest taka, że dobrzy ludzie jej nie pragną i przez to nigdy jej nie osiągają, ani nie są w stanie utrzymać.

Ta sprzeczność jest tak jaskrawa, że każdy powinien ją dostrzec. Jednakże pompatyczna otoczka władzy, strach jaki budzi i bezwładna moc tradycji sprawiły, że musiały upłynąć wieki, a nawet tysiące lat, zanim ludzie zdali sobie sprawę ze swojej pomyłki.
Dopiero ostatnio człowiek zaczął rozumieć, że poza otoczką dostojności i powagi, esencja władzy zawiera się w groźbie pozbawienia obywateli własności, wolności i życia. Dlatego królowie, imperatorzy, prezydenci, ministrowie, sędziowie i inni, którzy poświęcają życie temu zadaniu, którzy nie posiadają żadnego innego celu, poza utrzymaniem swojej korzystnej pozycji, nie tylko nie są najlepszymi z ludzi, ale najgorszymi, i jako tacy, swoją potęgą nie mogą wnieść niczego dla dobra ludzkości. Przeciwnie – przedstawiciele władzy zawsze reprezentowali i reprezentują jedną z głównych przyczyn społecznych klęsk ludzkości.

Dlatego władza, którą poprzednio zdobywano przy entuzjazmie i oddaniu ludzi, obecnie wśród większości społeczeństwa budzi nie tylko obojętność, ale często wzgardę i nienawiść.

Bardziej oświecona część ludzkości rozumie teraz, że cały ten pompatyczny pokaz, którym otacza się władza, jest niczym innym, jak strojem kata, który odróżnia się od innych skazanych, ponieważ zajmuje się najbardziej niemoralnym i haniebnym zajęciem.

W dzisiejszych czasach władza, będąc świadoma rozprzestrzeniania się tego nastawienia wśród ludzi, nie próbuje opierać się na fundamencie elekcji, ani na wrodzonych zaletach władcy, ale spoczywa w pełni na przymusie. Z tego też powodu traci coraz bardziej zaufanie ludzi, i tracąc je, polega coraz bardziej na przemocy i kontroli wszystkich czynności naturalnego życia. W ten sposób budzi jeszcze większą wrogość.

(z książki "Government is Violence")

czwartek, 11 marca 2010

Anarchizm i Bóg 2



Anarchizm i Bóg 2

Emma Goldman w swoim eseju “Anarchism – What It Really Stands For” pisze: “Religia! Jak dominuje umysł człowieka, jak upokarza i degraduje jego duszę. Bóg jest wszystkim, człowiek jest niczym. Ale z tej nicości Bóg stworzył królestwo tak despotyczne, tak tyrańskie, tak okrutne, tak strasznie rygorystyczne, że odkąd istnieją bogowie, nic poza mrokiem i łzami nie panuje nad światem. Anarchizm budzi człowieka do buntu przeciwko temu czarnemu potworowi. Rozerwij mentalne kajdany – głosi Anarchizm – ponieważ dopóki nie nauczysz się myśleć za siebie, dopóty nie zrzucisz zwierzchnictwa ciemności, która jest największą przeszkodą w drodze do wszelkiego postępu.”

Przede wszystkim chcę podkreślić, że cenię i szanuję Emmę Goldman za jej działalność, życie, determinacje w walce o wolność, poświęcenie, literaturę, jaką po sobie zostawiła. Rozumiem też skąd pochodzi jej niechęć do religii. Emma Goldman była uważnym obserwatorem rzeczywistości, widziała więc jaki wpływ ma zorganizowana religia na jednostki, pozbawiając je inicjatywy, pragnienia wolności, odpowiedzialności za swoje życie. Oprócz tego miała doświadczenie z pierwszej ręki, jak Kościół zawsze stoi za aktualną potęgą, czy to militarną, czy ekonomiczną. Te rzeczy nie podlegają dyskusji. Dlatego też nie neguję wniosków Goldman, które wynikają z faktów i obserwacji, w określonym kontekście historycznym i kulturowym. Osobiście jestem przekonany, że zorganizowane religie nie spełniają swojej funkcji, jaką w moim zrozumieniu powinien być duchowy rozwój człowieka, dzięki któremu może doświadczyć on wyższej rzeczywistości. Zamiast tego, w najlepszym przypadku zorganizowana religia może być strażnikiem tradycji i substytutem prawdziwej duchowości, a w najgorszym – krwawym tyranem, zazdrośnie strzegącym swoich wpływów i władzy.

Bhaktisiddhanta Sarasvati, filozof i działacz religijny, żyjący w Indiach na przełomie XIX i XX w. pisze: " Idea zorganizowanego kościoła, w zrozumiałej dla wszystkich formie, oznacza koniec żywego, duchowego ruchu. Wielkie kościelne establishmenty są groblami i tamami, próbującymi zatrzymać strumień, którego nie może powstrzymać żaden sztuczny twór. Zorganizowane religie pokazują, że masy pragną eksploatować duchowy ruch dla swoich własnych celów. Powstanie zorganizowanych kościołów oznacza koniec absolutnego i niekonwencjonalnego przewodnictwa bona fide duchowego nauczyciela"
( Harmonist, styczeń 1929)

Już wyjaśniam, jakie ma znaczenie ten cytat: błędnie zakładamy, że idea Boga, duchowości, nieśmiertelności jest skutkiem istnienia poszczególnej religii i koncepcje te służą kontrolowaniu ludzi. Wraz z autorem powyższej wypowiedzi wierzę, że jest na odwrót – wypływające z duszy człowieka pojęcia Boga i transcendencji najpierw są czystym i naturalnym przejawem dążenia jednostki do poznania, do harmonii, do pełni. Dopiero z czasem idee te degenerują się pod wpływem zorganizowanej religii. I wtedy jako naturalna reakcja na dewiacje organizacji pojawia się negacja. Wraz z materialnym systemem ucisku odrzucamy rzeczy wartościowe, które niestety, przez wieki manipulacji uległy degeneracji. Duchowa, pełna miłości Istota, stojąca ponad tak przyziemnymi ideami jak despotyzm, okrucieństwo, czy ślepa sprawiedliwość, staje się Bogiem – sędzią, Bogiem – władcą, Bogiem – strażnikiem. Któż nie chciałbym pozbyć się takiego Boga? Na co komu potrzebny kolejny tyran?

Weźmy ideę świata transcendentalnego. Jak koncept wiecznego Domu, źródła miłości, przyjaźni, poświęcenia i wszystkiego, co dobre w człowieku, zdegenerował się do taniej obietnicy raju, gdzie ceną za jego osiągnięcie jest ślepe podporządkowanie? Dlaczego żądny przygód poszukiwacz, wędrowiec czujnie słuchający pragnienia serca, prowadzącego go do Źródła, zamienił się w wystraszonego niewolnika?

A dusza? Zrozumienie, że jesteśmy wieczną iskrą światła, świadomości, zawsze rozkwitającą, wolną jednostką – tym jest wiara w duszę. Duch nie jest sługą, który może skończyć w piekle, jeśli nie będzie ostrożnie podążał za wskazówkami wszelkiej maści Ojców Kościoła i jeśli nie będzie uważnie wypełniał litery suchych doktryn i praw.

Naturalna religia człowieka (jeśli słowo „religia” ma dla ciebie negatywny oddźwięk, użyj innego – duchowość, transcendencja, wrodzona tęsknota do czegoś wyższego) zgubiła się w początkowych okresach rozwoju zorganizowanych, zinstytucjonalizowanych religii. Odrzucenie duchowości jedynie z powodu wypaczenia jej esencji przez instytucje, jest pójściem na łatwiznę. Prawdziwy poszukiwacz prawdy i wolności będzie szukał głębiej.

Przebiwszy się przez kulturowe i historyczne uwarunkowania, pojawia się poważniejszy zarzut – racjonalizm. Poznawanie świata rozumem. To, czego nasz rozum nie może dotknąć, nie istnieje.

Zanim wdam się w teologiczne wywody chciałbym coś wyjaśnić – nie uważam, że Bóg, czy dusza są ideami, do których można kogoś przekonać za pomocą argumentów i logiki. Uważam, że wiara, czy jej brak jest głównie wynikiem decyzji, i dopiero do naszego mniej, czy bardziej świadomego wyboru dopasowujemy argumenty. Dlatego to co piszę nie jest próbą przekonania kogokolwiek do mojego światopoglądu, ale obroną mojej pozycji i pozycji każdego innego anarchisty - teisty (jakkolwiek znikoma byłaby nasza liczba).

W mojej opinii racjonalizm jest bardzo kalekim narzędziem do poznawania rzeczywistości. Rozum jest przyrządem materialnym i z tego powodu można go używać jedynie do badania rzeczywistości materialnej. Stosując go do studiowania rzeczywistości duchowej natrafiamy na spory problem – narzędzie okazuje się nieadekwatne do badanego obiektu. Mierząc czyjąś wagę termometrem, odkrywamy że ta osoba nie waży żadnej ilości stopni Celsjusza. Czyli ciężar nie istnieje! Może to nie najlepszy przykład, ale mój punkt jest taki – rozum nie może przekroczyć pewnej granicy. Dochodzi do punktu wrzenia i koniec. Czy to wystarczający powód, żeby przyjąć z całą pewnością, że Bóg nie istnieje? Że my sami jesteśmy tylko bryłką atomów, ponieważ są one wszystkim, co możemy dostrzec, używając wytworów naszego rozumu? Nie dla mnie. Czy w takim razie jestem dobrowolną ofiarą irracjonalizmu? Zdałem się na łaskę wizji, przywidzeń, omamów i iluzji? Nie sądzę. Jestem trans-racjonalistą. Uważam, że mój materialny rozum jest tylko odbiciem duchowej świadomości. Jeśli skoncentruję wszystkie wysiłki na przekroczeniu ograniczeń racjonalizmu, będę mógł użyć do poznania rzeczywistości, mojego „wyższego” rozumu – czyli świadomości ponad ograniczeniami materii i związanej z nią logiki i empiryzmu.

Powiedzmy, że przekroczyliśmy ograniczenia racjonalizmu; Bóg istnieje, a my jesteśmy wiecznymi duszami. I co z tego? Czy to oznacza, że teraz mamy się płaszczyć? Wiara oznacza dobrowolną akceptację tyranii, o tyle straszliwszej od ziemskiej, że nigdy nie mającej końca? Zgodziwszy się na istnienie Boga, teraz musimy przyjąć pozycję niewolnika? Porzucić dążenie do wolności, równości, sprawiedliwości? Mnie samego ciarki przechodzą na myśl o takiej sytuacji. Jaką jednak mamy alternatywę?

W moim odczuciu ta kwestia jest najbardziej złożona, ze wszystkich tu wspomnianych. Tak jak mówiłem poprzednio, nie staram się nikogo przekonywać, a jedynie wyjaśniam harmonię w moim życiu pomiędzy teizmem a dążeniem do wolności.

Po pierwsze – Bóg jako groźny, bezwzględny władca jest smutnym dziedzictwem religii judeochrześcijańskich, pochodzącym zarówno ze starotestamentowych źródeł, jak i późniejszej postawy Kościoła, który wyparł się ludzkiej, kochającej koncepcji Boga z nauk Jezusa na rzecz mrocznego króla i sędziego. Mieszkamy w części świata w większości zdominowanej przez różne odłamy Chrześcijaństwa i normalne jest, że nie możemy uniknąć postrzegania świata poprzez pryzmat naszych kulturowych uwarunkowań. Jak moglibyśmy zapomnieć o wizjach piekła roztaczanych przed nami przez katechetów, albo nadgorliwych, „wierzących” rodziców? Po latach, kiedy wreszcie uda nam się wyrwać spod kontroli rodziców, szkoły, Kościoła, ze wstrętem zrzucamy z siebie narzucone nam jarzmo i nie chcemy mieć nic do czynienia z religią. Tak stało się w mojej wczesnej młodości i do teraz została mi niepohamowana niechęć do zorganizowanych kościołów, bez względu na religię.

Na szczęście wszedłem w kontakt z ideami duchowymi spoza naszego kręgu kulturowego, gdzie poznałem inne wersje Boga i duchowości, które pozwoliły mi pozbyć się mojej niechęci. Nie mam tutaj na myśli żadnej organizacji – jak pisałem wcześniej, wstręt do zinstytucjonalizowanej formy religijności pozostała mi do dziś. Uwiodła mnie raczej idea Boga, nie jako władcy - groźnego i bezwzględnego, ale Boga – przyjaciela. Kogoś, dla którego nasz bunt, nasze dążenie do wolności za wszelką cenę jest w rzeczywistości oznaką dojrzewania zagubionej duszy. Bóg jest istotą nieograniczenie wolną. A my, zagubione w materii, iskry świadomości, szukamy tej wolności. Pozbywamy się kolejnych ograniczeń, granic, łańcuchów, wyrywamy się z uchwytu konformizmu, ślepego podporządkowania, lenistwa, krok po kroku zbliżając się do naszego naturalnego stanu – stanu czystej wolności. Nie prezentuję tutaj taniej wersji raju po śmierci. „Działaj teraz, a wolność osiągniesz na drugim świecie”. Nie to mam na myśli. Uważam, że nasze działanie teraz, w kierunku wolności jest najważniejszą rzeczą, jaką możemy zrobić i już teraz, w tym świecie możemy osiągnąć ją w pełni. Jestem jednak przekonany, że wolność nie może być kompletna bez zrozumienia naszej duchowej natury. To prawda - dążenie do wolności będzie miało zawsze obiektywną wartość. Jak jednak możemy być w pełni wolni, odrzucając nasz najważniejszy element – świadomość? Świadomość, która nie jest wynikiem wyjątkowo sprytnego zmieszania elementów materialnych, ale duchową, wiecznie ewoluującą iskrą, dla której swoboda jest integralną częścią nieprzemijającej natury.

Tym jest dla mnie duchowy anarchizm.


Europejska Żandarmeria i Grecja



Nie wiem ilu z was zdaje sobie sprawę z sytuacji w Grecji. Media ciągle próbują utrzymać niski poziom informacji z tego regionu. Poniżej wklejam artykuł, który znalazłem na blogu positivenest.
Przez chwilę nie mogłem uwierzyć w informacje o Żandarmerii Europejskiej, która może wkroczyć do niezależnego państwa, żeby "opanować" tam sytuację. Zgooglowałem i znalazłem oficjalną stronę European Gendarmerie Force . Wiem, że wyrażenie "Nowy Porządek Świata" zostało już wyśmiane ze wszystkich stron i sam podchodzę do wszelkich teorii spiskowych ze sceptyzmem, ale coraz bardziej zaczynam być przekonany, że dzieje się coś złego ze światem.


"UE i grecki rząd są gotowe wysłać do Aten 7 tysięcy funkcjonariuszy EGF"

Jest wczesny ranek w czwartek 9 marca. Ogłupiani słuchacze włączają radia by usłyszeć w wiadomościach z Aten czującego się ewidentnie niekomfortowo rzecznika policji. Zresztą, jakby mógł czuć się inaczej? Musi wyjaśnić dość kłopotliwy incydent: kilka dni wcześniej, 5 marca, policja użyła z bliska gazu łzawiącego wobec Manolisa Glezosa, który starał się zapobiec brutalnemu aresztowaniu młodego człowieka (foto i foto2). Glezos ma dziś 88 lat; blisko 70 lat temu, 30 maja 1941 roku w okupowanych przez nazistów Atenach on i Apostolos Santas dostali się na Akropol i zerwali z niego flagę ze swastyką, za co zostali aresztowani i byli blisko rok torturowani.

Próbując uzasadnić działania policji i pokazać, że wszystko musi pozostać pod kontrolą za wszelką cenę, rzecznik wygłosił wiele mówiące oświadczenie: "jeśli lokalna policja nie wypełni swoich zadań" - stwierdził - "Unia Europejska i grecki rząd są gotowe wysłać 7 tysięcy funkcjonariuszy europejskich sił policyjnych, by zwalczać to, co wygląda jak nadchodząca rewolta". "Wyobraźcie sobie!" - dodał - "jak byście się czuli, gdyby obcy policjant bił was na ulicach Aten?". Zabawne pytanie. Można by pomyśleć, że policyjne pałowanie odczuwa się różnie w zależności od paszportu, jaki się posiada.

Niezależnie od tego, czy jego stanowisko było przejęzyczeniem, czy też nie, z pewnością niesie z sobą ważną informację: ponadnarodowe policyjne siły, Europejskie Siły Żandarmeryjne (EGF) już istanieją i są przygotowane by podjąć działania na prośbę lokalnych rządów (statewatch.org). Grecki rząd odmówił nawet udzielania odpowiedzi w tej sprawie w parlamencie. Nie wydaje mi się, by Manolis Glezos spodziewał się zobaczyć jeszcze kiedyś niemieckich funkcjonariuszy na ulicach Aten w ciągu swojego życia. Chociaż jeżeli będą używać gazu tak jak greccy gliniarze i tak nie będzie nic widać...

Strajki generalne są bardziej powszechne w Grecji niż w większości krajów europejskich - ale wciąż mają miejsce w liczbie jednego lub dwóch rocznie - a nie miesięcznie. Czwartkowy strajk generalny jest trzecim (2 pełne i jeden pół-dniowy) w ciągu kilku ostatnich tygodni. Ulica Panepistimiou, często uczęszczana przez demonstrantów i jedna z głównych arterii Aten jest od tygodnia zamknięta przez strajkującą załogę Olympic Air; 10 marca prokurator generalny rozkazał policji rozpędzić tłum około 2 tysięcy osób, które się na niej zebrały.

Oficjalna drukarnia państwa Greckiego (gdzie drukowane są ustawy mające wejść w życie) jest obecnie okupowana przez pracowników w proteście przeciw nowo wprowadzonemu planowi oszczędnościowemu. Główne biuro rachunkowe (to, które jest odpowiedzialne za monitorowanie skutków planu oszczędnościowego) również jest okupowane. W małym północnym miasteczku Komotini ludzie zatrudnieni w upadającej firmie ruszyli wprost do źródła i zajęli dwa główne oddziały bankowe w mieście.

Grudniowa rewolta był silnym sygnałem ostrzegawczym. "Pokolenie 700 euro" (w kraju, gdzie ceny zbliżone są do Wielkiej Brytanii) miała wszelkie powody do buntu. Śmierć 15-letniego chłopca? Całe dnie walk i płomieni ogarniające miasta. "Plan oszczędnościowy" cofający prawa pracownicze o kilkadziesiąt lat wstecz; poważne cięcia płac, wzrost VAT-u, wstrzymanie emerytur...

Jest środa, 10 marca - wigilia trzeciego z ostatnich strajków w Grecji. "Naprawdę nie zarabiam na tyle dużo, żeby wziąć taksówkę na jutrzejszą demonstrację" - pisze komentator na ateńskich Indymediach - "A nie ma transportu publicznego, gdy wszyscy uczestniczą w strajku. I dobrze. Jedziemy dziś w nocy i zatrzymujemy się u przyjaciół. A benzyny użyjemy, by oczyścić ulice, to będzie nasz mały dar dla bandytów z policyjnych sił Delta Force." Gniew na ateńskich ulicach narasta i wielu spodziewa się ujrzeć zalew międzynarodowych sił zajmujących miasto. Narodowe, czy międzynarodowe, następnym razem Manolis Glezos weźmie ze sobą siły ochronne i z pewnością nie będzie sam.


środa, 10 marca 2010

Anarchizm i Bóg 1



Anarchizm i Bóg 1

Anarchistyczna brać zmyje mi głowę, za ten tekst, ale co tam.

Boli mnie to, co dzieje się na świecie. Dewiacje neoliberalizmu przestały być przepowiedniami dysydentów, ale stały się naocznym faktem. Odradza się militaryzm gorszy jeszcze niż przed poprzednimi dwiema wojnami. Nigdy jeszcze na Ziemi nie było tyle broni, zdolnej zniszczyć całe życie. Większośc z tej broni znajduje się w rękach jednego państwa, rządzonego przez bezwzględne korporacje. Mało kto już wierzy w mit o amerykańskiej demokracji. Mimo milionów ludzi, którzy zdają sobie z tego sprawę, to i tak większość nic nie wie, ogłupiona telewizją i konsumpcjonizmem.

Truizmy? Propaganda? Teoria spiskowa? Nie. Moim zdaniem najczystsza prawda.

Czasami aż ciężko się oddycha z gniewu i bezsilności. Ziemia mogłaby być takim cudownym miejscem. Przecież wszystkiego jest dość dla wszystkich. Oprócz tego cała ta różnorodność kultur, zwyczajów, religii, kuchni, sztuki. Niejednego życia by brakło, żeby to wszystko poznać, zrozumieć, wyłowić z każdego miejsca ten ludzki pierwiastek, łączący wszystkich.

Czytam ostatnio dużo Tołstoja i o Tołstoju. Z całym szacunkiem dla Kropotkina, Bakunina, czy Proudhona i ich doskonałej krytyki państwa i kapitalizmu, bardziej pociąga mnie prostota myśli Tołstoja i jej nasycenie duchowością, pierwiastkiem transcendentalnym. Dla jednych to będzie eskapizm, skażenie niewolniczą mentalnością, projekcją swojej mocy na wyższą, wyimaginowaną istotę. Rozumiem taki punkt widzenia, szczególnie w kontekście zniszczenia w ludziach dążenia do wolności przez zorganizowane religie.

Jestem jednak w stanie popatrzeć dalej, poza historyczne, społeczne, czy psychologiczne koncepcje duchowości. Jesteśmy duchowymi, transcendentalnymi istotami, a jako że naturą ducha jest niczym nieograniczona wolność i miłość, automatycznie szukamy tego tutaj. Walczymy z ogromną, militarną i biurokratyczną machiną, której zadaniem jest unormowanie, unifikacja, standartyzacja. Główną inkarnacją tej machiny jest Państwo. Nie chcę jednak wchodzić w analizę destruktywnej natury państwowości, z jej tendencją do całkowitej kontroli nad jednostkami. Jest całe mnóstwo publikacji, które objaśnią to o wiele lepiej niż ja.

Mój anarchizm jestem w stanie widzieć tylko w kontekście duchowości. Tylko w połączeniu z przekonaniem o wieczności mojej egzystencji i o jej wyższym znaczeniu, w harmonii z Bogiem, czuję, że moje wysiłki nabierają znaczenia. Jestem przekonany, że przez zdeterminowane dążenie do wolności spełniam swoje przeznaczenie duchowej jednostki, której podstawowym zniewoleniem jest materia i to z niej powstają kolejne warstwy zależności: osobista, społeczna, kulturowa, państwowa, itd.

c.d.n.

poniedziałek, 8 marca 2010

Odbudowywanie piekła - Lew Tołstoj



Szukając dzisiaj cytatów Tołstoja o Chrześcijaństwie, znalazłem to genialne opowiadanie. Wydał je po śmierci pisarza, jego syn, za co został oskarżony o herezję. Uniewinniono go. W Polsce ukazało się w Wegetariańskim Świecie, nr 5 (42), 1998.

Odbudowywanie piekła
Lew Tołstoj

I.

Działo się to w czasach, gdy Chrystus głosił ludziom swą naukę. Nauka ta była tak zrozumiała i stosowanie jej w życiu tak łatwe, tak widocznie uwalniała ludzi od zła, że nie sposób było się jej oprzeć. Nic nie mogło położyć tamy jej rozpowszechnianiu. Belzebub - ojciec i władca wszystkich diabłów - przestraszył się. Wiedział dobrze, że Jego władza nad ludźmi skończy się na zawsze, jeśli Chrystus nie wyrzeknie się głoszenia swojej nauki. Był w strachu, lecz nie tracił nadziei i podburzał posłusznych mu faryzeuszy i uczonych w piśmie, aby możliwie najdotkliwiej obrażali i dręczyli Chrystusa, uczniom zaś jego radził uciec i zostawić go samego. Ufał, że skazanie na śmierć haniebną, naigrywanie się, opuszczenie przez wszystkich uczniów, wreszcie same męki i kara śmierci sprawią, że Chrystus w ostatniej chwili wyrzeknie się swojej nauki, a wyrzeczenie zburzy całą jej potęgę.

Sprawa rozstrzygała się na krzyżu. Gdy Chrystus zawołał: "Boże mój, Boże mój, czemuś mnie opuścił!". Belzebub wydał okrzyk triumfu; schwycił przygotowane kajdany i włożył je sobie na nogi, dopasował je tak, żeby nie mogły być zerwane, gdy zostaną założone Jezusowi. Wtem z krzyża dały się słyszeć słowa: "Ojcze przebacz im, bo nie wiedzą, co czynią". Zaraz potem Chrystus zawołał: "Spełniło się" i wyzionął ducha. Belzebub zrozumiał, że wszystko stracone. Chciał zdjąć kajdany i uciekać, lecz nie mógł ruszyć z miejsca. Kajdany przywarły do jego nóg. Chciał wznieść się na skrzydłach, lecz nie mógł ich rozpostrzeć. I widział Belzebub jak Chrystus w wielkiej światłości zatrzymał się w bramie piekieł, widział jak wyszli z piekła grzesznicy od Adama do Judasza, widział jak rozbiegły się wszystkie diabły, nawet jak same ściany piekieł rozpadły się bez hałasu na cztery strony świata. Nie mógł znieść tego widoku, więc zaryczał przeraźliwie i wpadł w bezdenną przepaść przez pękniętą posadzkę piekieł.

II.

Upłynęło sto, dwieście, trzysta lat. Czasu Belzebub nie liczył. Naokoło była zupełna ciemność i cisza. Leżał bez ruchu i starał się nie myśleć, o tym co zaszło, a jednak myślał i pałał bezsilną nienawiścią do sprawcy swej zguby.

Nie pamiętał już i nie wiedział, ile setek lat upłynęło od tamtego czasu, gdy raptem usłyszał nad sobą szmery podobne do tupotu nóg, stękania, krzyki i zgrzytanie zębów. Belzebub podniósł głowę i zaczął nasłuchiwać. W to, że po zwycięstwie Chrystusa piekło mogłoby być odbudowane, nie mógł uwierzyć, tymczasem zaś tupot, jęki, krzyki i zgrzytanie zębów stawały się coraz wyraźniejsze. Belzebub podniósł tułów, podciągnął pod siebie kosmate nogi z odrośniętymi kopytami (kajdany ku jego zdziwieniu same z nich opadły) i zatrzepotawszy swobodnie rozpostartymi skrzydłami, wydał zwykły sygnałowy świst, którym dawniej wzywał swe sługi i pomocników. Nie zdążył jeszcze nabrać tchu, gdy nad jego głową zrobił się otwór, błysnął czerwony ogień i tłum diabłów w wielkim ścisku wysypał się z otworu w przepaść i na podobieństwo kruków obsiadających padlinę, rozsiadł się naokoło Belzebuba.
Diabły były wielkie i małe, grube i chude, z długimi i krótkimi ogonami, z prostymi i krzywymi rogami.

Jeden z diabłów, odziany w pelerynkę narzuconą na ramiona, cały nagi, czarny i błyszczący, z twarzą ogoloną i ogromnym, obwisłym brzuchem, siedział w kucki przed samym obliczem Belzebuba i przewracając swymi ognistymi ślepiami, uśmiechał się bezustannie, machając z boku na bok swym długim, cienkim ogonem.



III.

- Co znaczy ten hałas? - zapytał Belzebub wskazując do góry
- Cóż tam się dzieje?
- To, co zawsze - odpowiedział błyszcząccy diabeł w pelerynce.
- A czy są jeszcze grzesznicy? - spytał Belzebub.
- O tak, wielu - odparł błyszczący.
- Jak tam z nauką tego, którego imienia nie chcę wymieniać? - zapytał Belzebub. Diabeł w pelerynce wyszczerzył zęby tak, że pokazały się wszystkie jego ostre kły, a przez całą zgraję przeszedł tłumiony śmiech.
- Nauka ta już nam nie przeszkadza. Oni przestali w nią wierzyć - powiedział diabeł w pelerynce.
- Jak to? Przecież nauka ta, poświadczonna jego własną śmiercią, w sposób oczywisty ratuje ich od nas - rzekł Belzebub.
- Tak było, dopóki jej nie przerobiłem -- odparł z dumą diabeł w pelerynce, uderzając ogonem o podłogę.
- Jak ci się to udało?
- Właściwie nie musiałem nic robić. Trochę tylko pomagałem.
- Opowiedz w skrócie - rozkazał Belzebub.

Diabeł w pelerynce, spuściwszy głowę, pomilczał chwilę, jakby dla namysłu, następnie nie spiesząc się zaczął opowiadać:
- Gdy nadszedł ten straszny czas, że piekło zostało zburzone, a ojca naszego i władcy zabrakło między nami, udałem się w miejsca gdzie właśnie głoszona była ta nauka, która o mały włos nie doprowadziła nas do całkowitej zguby. Przyszła mi chęć zobaczyć, jak żyją ludzie stosujący się do niej. I ujrzałem, że ludzie stosujący tę naukę w życiu, byli zupełnie szczęśliwi i dla nas niedostępni. Nie gniewali się na siebie, nie ulegali urokowi kobiet i albo nie żenili się, albo mieli tylko jedną żonę, majątku zaś nie posiadali wcale, wszystko było uważane za wspólną własność, nie bronili się przed tymi, którzy na nich napadali, a za złe płacili dobrem. I życie ich było tak dobre, że wciąż więcej i więcej ludzi do nich przystawało. Widząc to pomyślałem sobie, że wszystko stracone i chciałem już odejść. Oto jednak w tym czasie zaszedł incydent sam w sobie błahy, lecz mnie wydał się interesujący i pozostałem. Zdarzyło się bowiem, że wśród tych ludzi jedni byli zdania, iż wszyscy powinni ulegać obrzezaniu i nie powinni jeść tego co zostało złożone w ofierze bogom pogańskim, inni zaś uważali, że takie rozgraniczenie jest zbyteczne, i że można nie stosować obrzezania i jeść wszystko. Zacząłem więc podpowiadać jednej i drugiej stronie, że ta różnica zdań jest różnicą o pierwszorzędnym znaczeniu, i że nie można ustąpić, ponieważ chodzi tu o rzecz ważną - o służenie Bogu. Ludzie uwierzyli mi, a ich kłótnie przybrały ostry charakter. Więc i ci i tamci zaczęli gniewać się na siebie wzajemnie, a wtedy ja zacząłem im podsuwać myśl, że cudami mogą dowieść prawdziwości swojej nauki. Jakkolwiek było rzeczą oczywistą, że cuda prawdziwości nauki dowieść nie mogą, ludzie zapałali taką żądzą, aby mieć rację, że uwierzyli mi, ja zaś urządziłem im cuda.

Z urządzeniem cudów trudności nie miałem. Ludzie wierzyli we wszystko, co potwierdzało ich chęć posiadania prawdy przez nich jedynie. Jedni utrzymywali, że zstąpiły na nich ogniste języki, inni zapewniali, że widzieli samego zmarłego nauczyciela i wiele innych rzeczy;imaginowali to, czego nie było i niepostrzeżenie kłamali nie gorzej od nas, w imię tego, który nas kłamcami nazywał. Jedni o drugich mówili:

"Wasze cuda nie są prawdziwe", a tamci odpowiadali: "Nie, to wasze cuda są nieprawdziwe, a nasze prawdziwe". Wszystko szło dobrze, ale obawiałem się, że ludzie mogą rozpoznać zbyt ewidentne oszustwo i wtedy wymyśliłem kościół. Kiedy uwierzyli w kościół, byłem już spokojny, zrozumiałem, żeśmy uratowani, a piekło odbudowane.

IV.

- Cóż to takiego "kościół"? - zapytał surowo Belzebub, nie chcąc uwierzyć, że jego słudzy okazali się mądrzejsi od niego.
- Kościół to jest coś takiego, że gdy ludzie kłamią i czują, że im się nie wierzy, wtedy, powołując się na Boga, mówią: "Jak Boga kocham, prawdą jest to, co ja mówię"; to właśnie jest kościół, z tą tylko osobliwością, że ludzie, którzy uznali się za kościół, nabierają przekonania, że są nieomylni, i dlatego nie mogą się już później wyrzec żadnego, choćby raz tylko wypowiedzianego głupstwa. Tworzy się zaś kościół w taki sposób: ludzie wmawiają w siebie i w innych, że nauczyciel ich, Bóg, po to, by objawione przez niego ludziom prawo nie zostało fałszywie wytłumaczone, wybrał szczególnych ludzi, i oni to jedynie, lub ci, na których przeleją tą władzę, mogą dokładnie tłumaczyć jego naukę. Ludzie więc, którzy nazywają siebie kościołem, twierdzą, że są w posiadaniu prawdy nie dlatego, że to, co głoszą jest prawdą, a dlatego, iż uważają siebie za jedynych prawowitych spadkobierców uczniów samego nauczyciela - Boga.

W manipulacji tej, podobnie jak w cudach, była pewna niedogodność, taka mianowicie, że ludzie jednocześnie mogli utrzymywać każdy o sobie, że są członkami jedynego prawdziwego kościoła (działo się to zawsze). Nasza wygrana polegała jednak na tym, że skoro raz tylko ludzie powiedzieli: "My stanowimy kościół" i na tym zapewnieniu zbudowali naukę, wtedy nie mogli już zrzec się wypowiedzianych przez siebie słów, niezależnie od tego, jak wielkim były głupstwem i cokolwiek mówiliby inni ludzie.

- Dlaczego jednak kościół przekręcił naukę na naszą korzyść? - zapytał Belzebub.
- Powód jest prosty - ciągnął dalej diabbeł w pelerynce - ludzie ci uznawszy się za jedynych tłumaczy prawa boskiego i przekonawszy o tym innych ludzi, stali się tym samym panami ich losu i posiedli nad nimi władzę zwierzchnią. Posiadłszy zaś tę władzę, naturalnie urośli w pychę i w większości przypadków ulegli zepsuciu, wskutek czego wzniecili przeciwko sobie oburzenie i gniew ludzki. W celu pokonania swych wrogów, nie dysponując innym orężem niż przemocą, zaczęli prześladować, skazywać na śmierć i palić na stosie wszystkich, którzy ich władzy nie uznawali. W ten oto sposób samo przyjęte stanowisko zmuszało ich do przekręcania nauki tak, aby usprawiedliwiała ich złe życie i okrucieństwa, które stosowali wobec swych wrogów.



V.

- Nauka jednak była tak prosta i zrozumiała, że nie można było jej przekręcić - upierał się Belzebub, nadal nie mogący uwierzyć, że jego słudzy byli sprytniejsi od niego. - "Postępuj wobec innych tak, jak byś chciał, aby postępowano wobec ciebie". W jaki sposób można to przekręcić?

- Stosując się do mych rad, posługiwano się w tym celu różnymi sposobami - kontynuował diabeł w pelerynce. - Ludzie opowiadają bajkę o tym jak dobry czarodziej, ratując człowieka od złego czarodzieja, zamienił go w ziarnko kaszy jaglanej i jak zły czarodziej, przedzierzgnąwszy się w koguta, gotów był już zadziobać owo ziarnko, lecz dobry czarodziej wysypał na ziarnko całą ćwierć tychże ziaren. I zły czarodziej nie mógł już ani zjeść wszystkich ziaren, ani znaleźć tego, które zjeść zamierzał. To samo, idąc za mą radą, uczynili ci ludzie z nauką tego, który nauczał, że całe prawo polega na tym, aby drugiemu czynić to, co chciałbyś, aby i tobie czyniono: ogłosili, że świętym wykładem prawa boskiego jest 49 ksiąg i uznali każde słowo w nich zawarte za dzieło Boga - Ducha Świętego. Tak więc wysypali na prostą, zrozumiałą prawdę taką kupę rzekomo świętych prawd, że stało się niemożliwością przyjąć je wszystkie i znaleźć pośród nich tę, która ludziom jest potrzebna. Na tym polega pierwszy sposób.

Drugi sposób, którego oni używali z dobrym skutkiem przez więcej niż tysiąc lat, polega na zabijaniu i paleniu wszystkich tych, którzy chcą głosić prawdę. Obecnie sposób ten wychodzi z użycia, lecz nie porzucają go całkowicie, bo chociaż już nie palą ludzi próbujących ujawnić prawdę, to jednak tak ich szkalują, tak zatruwają im życie, że tylko niewielu odważa się ich demaskować. Na tym polega drugi sposób.
Trzeci zaś sposób polega na tym, że uznając się za kościół, a więc za nieomylnych, uczą, gdy im jest to potrzebne, rzeczy wprost sprzecznych z tym, co jest powiedziane w Piśmie: "Ale wy nie nazywajcie siebie rabbi, albowiem jeden jest nauczyciel wasz, a wy wszyscy jesteście bracia. I ojcem nie nazywajcie nikogo na ziemi; albowiem jeden jest ojciec wasz w niebiosach". Oni zaś mówią: "Myśmy ojcami, myśmy nauczycielami waszymi". Albowiem powiedziane jest: "Ale ty, gdy się będziesz modlić, wejdź do komórki swojej i zamknąwszy ją, módl się do ojca twego w ukryciu, a ojciec twój, który widzi w ukryciu, odda tobie". Oni zaś nauczają, że trzeba się modlić gromadnie, w świątyniach, przy dźwiękach muzyki i pieśni. Albo powiedziane jest w Piśmie: "A ja powiadam wam, abyście zgoła nie przysięgali", oni zaś nauczają, że trzeba przysięgać na bezwzględne posłuszeństwo władzom, nie bacząc na to, jakie mogłyby być żądania tych władz. Albo powiedziane jest: "nie zabijaj", oni zaś nauczają, że zabijać można i trzeba na wojnie i z wyroku sądowego - zakończył diabeł w pelerynce, wywrócił ślepia i roześmiał się, rozwarłszy paszczę po same uszy.
- To bardzo dobrze - rzekł Belzebub i uśmiechnął się, a wszystkie diabły zawtórowały mu głośnym śmiechem.

- Czyż tak jak dawniej są jeszcze rozpustnicy, złodzieje, zabójcy? - zapytał już wesoło Belzebub. Diabły, również rozweselone, zaczęły mówić wszystkie razem, chcąc wykazać się przed Belzebubem swoją sprawnością.
- Nie tak jak dawniej, lecz więcej niż dawniej - wrzeszczał jeden z nich.
- Rozpustnicy nie mieszczą się w dawnychh oddziałach - piszczał drugi.
- Złodzieje dzisiejsi gorsi są od dawniejszych - huknął trzeci.
- Brak nam opału dla zabójców! - ryczał czwarty.
- Nie mówcie wszyscy razem, niech odpowiadają tylko ci, których zapytam - rzekł Belzebub.

- Niech wystąpi ten, pod którego opieką jest nierząd i niech opowie, w jaki sposób radzi sobie z uczniami tego, który zabraniał zmieniać żony i mówił, iż nie należy patrzeć na kobietę z pożądliwością. Kto opiekuje się rozpustą?
- Ja - odpowiedział bury, przypominający kobietę diabeł z nalaną, oślinioną twarzą, z bezustannie żującym pyskiem i na pośladkach przyczołgał się do Belzebuba.
Diabeł ten wysunął się spośród innych, usiadł w kucki, przechylił głowę na bok, i machnąwszy ogonem zakończonym miotełką, głosem śpiewnym zaczął mówić:
- Robimy to według starego sposobu, przez ciebie, ojca naszego i władcę użytego jeszcze w raju, który to sposób oddał w naszą władzę cały rodzaj ludzki i według nowego sposobu kościelnego. Tak więc przekonujemy ludzi, że prawdziwe małżeństwo polega nie na tym, na czym zasadza się ono w swej istocie - na wspólnym życiu mężczyzny z kobietą - lecz na tym, żeby odziać się w najszykowniejszą nową odzież, pójść do wielkiego, przeznaczonego na ten cel gmachu, oświetlonego świecami, przystrojonego dywanami i kwiatami, następnie wobec ciekawej gawiedzi dokonać przysięgi w imię tego, który nauczał: "A ja wam powiadam, abyście zgoła nie przysięgali". Wmawiamy w ludzi, że tylko ta ceremonia jest właśnie małżeństwem prawdziwym, że po niej ludzie otrzymują specjalną łaskę Boga, dzięki której bez specjalnego ze swej strony wysiłku nabywają zalety potrzebne do zgodnego pożycia i należytego wychowania dzieci - i, że każdy stosunek kobiety z mężczyzną, pomimo tych warunków, jest zwykłą, do niczego nie zobowiązującą przyjemnostką lub zadośćuczynieniem potrzebie biologicznej, przeto ludzie nie krępując się, oddaje się tej przyjemności, krzywoprzysięzców zaś manipulacja ta stwarza tylu, iż o ściganiu ich nikt nie myśli, gdyż zabrakłoby więzień dla skazanych za krzywoprzysięstwo.

Podobny do kobiety diabeł o nalanej twarzy, skłonił na bok głowę i zamilknął, jak gdyby w oczekiwaniu działania swych słów na Belzebuba. Belzebub kiwnął głową na znak aprobaty, a podobny do kobiety diabeł ciągnął dalej:
- Tymże sposobem, nie porzucając dawniejszego, użytego w raju sposobu "zakazanego dla ciekawości owocu" - wspomniał diabeł, niedwuznacznie próbując przypodobać się Belzebubowi - osiągamy najlepsze rezultaty. Wyobrażając sobie, że mogą zawrzeć uczciwy małżeński związek kościelny po wielu kontaktach miłosnych, mężczyźni zmieniają setki kobiet i tak przyzwyczajają się do rozpusty, że czynią to samo i po zawarciu małżeństwa. Jeśli zaś niektóre żądania związane z małżeństwem kościelnym wydadzą się im zbyt krępujące, to urządzają ceremonię po raz drugi, a pierwsza ceremonia zostaje uznana za nieważną. Podobny do kobiety diabeł zamilkł, utarłszy końcem ogona ślinę wypełniającą usta, przechylił głowę na drugą stronę i wlepił milczący wzrok w twarz Belzebuba.

VI.

- Krótko i zwięźle: aprobuję - rzekł Belzebub. - Kto opiekuje się grabieżcami?
- We własnej osobie! - odpowiedział, wypełzłszy z tłumu, okazały diabeł z długimi, krzywymi nogami, z wąsami podkręconymi do góry i ogromnymi łapami, krzywo przystawionymi do tułowia. Diabeł ten wysunąwszy się jak jego poprzednicy do przodu, wzorem ludzi wojskowych oburącz podkręcał wąsy i czekał na pytania.
- Ten, który zburzył piekło - rzekł Belzebub - uczył ludzi żyć jak ptaki niebieskie i rozkazywał dawać temu, który prosi, a temu, kto chce zabrać suknię, oddawać i płaszcz - i powiedział, że aby być zbawionym, trzeba rozdać majątek. W jaki sposób nakłaniacie do grabieży ludzi, którzy o tym słyszeli?
- Postępujemy tak samo, jak nasz ojciec i władca przy obieraniu Saula na króla - odparł wąsaty diabeł, w uroczystym geście zarzucając łeb do tyłu.
- Dokładnie tak, jak wtedy wmawiamy w ludzi, że zamiast przestać się wzajemnie okradać, powinni pozwolić się okradać jednemu człowiekowi, oddawszy mu całkowitą władzę nad sobą. I człowiek ów i jego pomocnicy tych pomocników - wszyscy oni grabią naród nieustannie, spokojnie i bezpiecznie. Zazwyczaj zaprowadzają przy tym takie prawa i porządki, przy których mniejszość próżniacza może bezkarnie łupić pracującą większość. Jak więc widzisz, ojcze nasz i władco, sposób przez nas stosowany jest w gruncie rzeczy sposobem starym. Nowe w nim jest tylko to, że uczyniliśmy go bardziej ogólnym, zamaskowanym, rozpowszechnionym w czasie i przestrzeni i trwalszym. Bardziej ogólny jest przez to, że dawniej ludzie z własnej woli ulegali tym, których wybierali, teraz zaś niezależnie od swej woli ulegają nie tym, których wybierają, lecz komu popadnie. Bardziej tajnym sposób ten uczyniliśmy przez to, że teraz, dzięki wprowadzeniu podatków, zwłaszcza pośrednich, okradani swych grabieżców nie widzą, a często nawet nie domyślają się samego faktu grabieży. Bardziej rozpowszechnionym w przestrzeni sposób ten stał się przez to, że narody tak zwane chrześcijańskie, nie zadawalając się okradaniem swoich, grabią pod rozmaitymi dziwnymi pozorami, najczęściej zaś pod pozorem krzewienia chrześcijaństwa, te wszystkie obce narody, u których jest coś do zagrabienia. W czasie zaś sposób ten jest bardziej rozpowszechniony niż dawniej, dzięki wprowadzeniu pożyczek zaciąganych przez organa samorządu lokalnego i państwa, co powoduje, że nie tylko żyjące pokolenia, ale i te które po nich nastąpią mogą być okradane już teraz. Sposób ten bardziej trwałym uczyniliśmy poprzez to, że główni grabieżcy uważani są za osoby nietykalne, więc ludzie, lękając się surowych kar, nie odważą się na opór.

Pewnego razu w celach doświadczalnych sadzałem jedną za drugą najpodlejsze baby, głupie i nieoświecone i nie mające żadnych praw według panujących u nich przepisów, ostatnią zaś posadziłem nie tylko rozpustnicę, lecz i zbrodniarkę, która zamordowała swego męża i prawego następcę tronu. I ludzie nie wyrwali jej nozdrzy i nie siekli jej batem, jak to zazwyczaj robili z zabójczyniami, lecz przez wiele lat, niewolniczo ulegali jej samej i jej kochankom, których miała bez liku, pozwalając im pozbawiać ludzi nie tylko majątku, lecz i wolności osobistej. Tak więc w obecnych czasach jawne złodziejstwa, takie jak odebranie przemocą wózka z pieniędzmi, konia, odzieży, stanowią zaledwie jedną milionową wszystkich tych grabieży prawnych, popełnianych na co dzień przez ludzi mających odpowiednie możliwości. Obecnie, utajona, bezkarna grabież i w ogóle pogotowie złodziejskie zorganizowane jest wśród ludzi do tego stopnia, że stało się to głównym celem i przedmiotem gorących pożądań prawie wszystkich i maskowane jest tylko przez walkę złodziei między sobą.

VII.

- No cóż, bardzo dobrze - rzekł Belzebub. - A zabójstwa? Kto opiekuje się zabójstwami?
- Ja! - odpowiedział, występując z tłumu czerwony jak krew diabeł z kłami sterczącymi z pyska, ostrymi rogami i zadartym do góry nieruchomym ogonem.
- W jaki sposób zmuszasz do zabójstw uczniów tego, który nauczał: "Nie odpowiadaj złem na zło, kochaj nieprzyjaciół swoich"? W jaki sposób robisz zabójców z tych ludzi?
- Robimy to według starego sposobu - odparł czerwony diabeł ogłuszającym, bełkotliwym głosem - wzniecając w ludziach chęć zysku, warcholstwo, nienawiść, mściwość, pychę; stosujemy również starą metodę, gdy wmawiamy w nauczycieli, że najlepszy sposób oduczenia ludzi od zabójstw polega na tym, żeby sami nauczyciele zabijali tych, którzy popełnili zabójstwo. Sposób ten nie tyle daje gotowych już zabójców, ile przygotowuje ich dla nas. Większą zaś ich liczbę dają nam nowe nauki: o nieomylności kościoła, o małżeństwie chrześcijańskim i o równości chrześcijańskiej. Nauka o nieomylności kościoła dawała nam dawnymi czasy największą liczbę zabójców. Ludzie, którzy uznali się za członków nieomylnego kościoła, nabrali przekonania, że zbrodnią byłoby pozwolić fałszywym wykładcom nauki gorszyć ludzi, więc ich zabijanie jest sprawą miłą Bogu. W taki sposób zabijano całe wioski i skazywano na śmierć setki tysięcy ludzi. Śmieszne wydaje się to, że ci, którzy skazywali na śmierć i palili ludzi zaczynających rozumieć prawdziwą naukę, uważali tych najniebezpieczniejszych dla nas ludzi za nasze sługi, tzn. sługi diabłów. Ci zaś, którzy zabijali i palili na stosach i rzeczywiście byli naszymi sługami, uważali się za świętych wykonawców woli Boga. Tak było w dawnych czasach; w naszych czasach wielką liczbę zabójców stwarza nauka o małżeństwie chrześcijańskim i o równości. Nauka o małżeństwie daje nam przede wszystkim zabójstwa wzajemne małżonków, następnie dzieciobójstwa popełniane przez matki. Mężowie i żony zabijają się wzajemnie, gdy niektóre żądania prawa i zwyczaju małżeństwa kościelnego wydają im się zbyt krępujące. Matki zaś zabijają dzieci wtedy, gdy związki, z których dzieci powstały, nie są uważane za małżeństwa. Takie zabójstwa popełniane są stale. Zabójstwa wywołane przez chrześcijańską naukę o równości dokonywane są periodycznie, ale za to masowo. Według nauki tej wmawia się w ludzi, że są równi wobec prawa. Ludzie ograbieni czują jednak, że to nieprawda. Widzą, że nie ma równości, gdyż grabieżcy mogą grabić bez przeszkód, a im nie wolno, więc buntują się i napadają na swych grabieżców. Wtedy to zaczynają się morderstwa wzajemne, które dostarczają nam niekiedy dziesiątek tysięcy morderców jednocześnie.

VIII.

- A zabójstwa na wojnie? W jaki sposób doprowadzacie do nich uczniów tego, który uznał ludzi za synów jednego Ojca i kazał kochać nieprzyjaciół? - zapytał Belzebub.
Czerwony diabeł wyszczerzył zęby, wypuścił z pyska strumień ognia i dymu, i uderzył się radośnie po plecach grubym ogonem.
- Wmawiamy w każdy naród, że jest narodem najlepszym na świecie: "Deutschland über alles", Francja, Anglia, Rosja "über alles", i że naród ten powinien panować nad wszystkimi innymi narodami, ponieważ zaś we wszystkie narody wmawiamy to samo, więc węsząc ciągłe niebezpieczeństwo ze strony sąsiadów, narody szykują się stale do obrony i pałają do siebie nienawiścią. Im bardziej zaś szykuje się do obrony jedna strona i z tego powodu pała nienawiścią do sąsiadów, tym bardziej szykują się do obrony wszystkie pozostałe narody, pałając do siebie wzajemną nienawiścią. Tak oto wszyscy ludzie, którzy po przyjęciu nauki tego, który nazywał nas zbójcami, stale zajęci są przygotowywaniem się do zabijania i zabijaniem.





IX.

- Tak, to bardzo dowcipne - rzekł Belzebub po długim milczeniu - Ale dlaczego ludzie uczeni, zabezpieczeni przed oszustwem, nie spostrzegli tego, że kościół sfałszował naukę i nie przywrócili jej pierwotnego znaczenia?
- Uczeni nie mogą tego uczynić - odpowiedział pewnym tonem, przesuwając się do przodu, matowo-czarny diabeł w doktorskiej todze, z płaskim, spadzistym czołem, z kończynami o zanikłych mięśniach i odstającymi, długimi uszami.
- Dlaczego?! - zapytał surowo Belzebub niezadowolony z pewnego siebie tonu wypowiedzi diabła w todze.
Nie pesząc się wykrzyknikiem Belzebuba, diabeł w todze siadł z wolna, spokojnie i nie w kucki jak inni, lecz na wzór wschodni - skrzyżowawszy nogi o mięśniach w zaniku. Potem zaczął mówić bez zająknięcia się, cichym, miarowym głosem:
- Nie mogą tego zrobić dlatego, że ja stale odwracam ich uwagę od tego, co mogą i powinni wiedzieć i kieruję ją na to, co nie jest im potrzebne i czego nigdy tak naprawdę nie zdołają poznać.
- W jaki sposób to robisz?
- Sposoby są różne, odpowiednio do czasu - odparł diabeł w todze. - Dawniej wmawiałem w ludzi, że najważniejszą dla nich rzeczą jest znać szczegóły stosunku wzajemnego pomiędzy osobami Trójcy, szczegóły na temat pochodzenia Chrystusa, jego pierwiastka boskiego i ludzkiego, właściwości Boga itp. Ludzie uczeni wiele i rozwlekle dyskutowali o tym, kłócili się i gniewali na siebie. A te dysputy tak ich absorbowały, że wcale nie myśleli o tym, jak mają żyć, więc nie odczuwali też potrzeby wiedzieć, co ich nauczyciel mówił o życiu.

Potem, gdy już tak zaplątali się w roztrząsaniach, że sami przestali rozumieć, co mówią, ja wmówiłem w jednych, że najważniejszą dla nich sprawą jest zbadać i wyjaśnić wszystko, co napisał człowiek imieniem Arystoteles, który żył tysiąc lat temu w Grecji, w innych zaś wmawiałem, że najważniejsze to znaleźć kamień, za pomocą którego można wytworzyć złoto i taki eliksir, który leczyłby wszystkie choroby, a ludzi czynił nieśmiertelnymi. I najmędrsi i najbardziej uczeni pośród ludzi skierowali na te sprawy wszystkie swoje siły umysłowe. Tym zaś, których to nie interesowało, wmówiłem, że najważniejszą sprawą jest wiedzieć, czy Ziemia obraca się wokół Słońca, czy też Słońce dookoła Ziemi, a gdy przekonali się, że obraca się Ziemia, a nie Słońce i obliczyli, ile milionów mil jest od Słońca do Ziemi, ucieszyli się wielce i od tamtego czasu z jeszcze większą gorliwością badają odległość od gwiazd i nie mogą się nadziwić, że liczba gwiazd jest nieskończona, choć wiadomość ta jest im zgoła zbyteczna. Oprócz tego, wmówiłem im jeszcze i to, że koniecznie powinni wiedzieć, w jaki sposób powstały wszystkie zwierzęta, wszystkie robaczki, wszystkie rośliny i wszystkie nieskończenie drobne żyjątka. Chociaż i te wiadomości nie są im wcale potrzebne i choć jest zupełnie jasne, że nie będą w stanie poznać tych wszystkich szczegółów, gdyż różnorodność życia jest nieskończona, to jednak na te i podobne badania zjawisk świata materii ludzie kierują wszystkie swe zasoby umysłowe i bardzo się dziwią, że im więcej poznają rzeczy, których znajomość nie jest im pilnie potrzebna, tym więcej wyłania się rzeczy jeszcze nie poznanych. I chociaż jest oczywiste, że w miarę rozwoju tych badań, obszar tego, co pozostaje do zbadania, rozszerza się, a przedmioty badania stają się coraz bardziej zawiłe i same zdobywane wiadomości znajdują coraz mniej zastosowania w życiu, to jednak okoliczność ta wcale nie zbija ich z tropu i ludzie ci, przekonani w zupełności o wadze swych badań badają, głoszą, piszą i drukują, tłumaczą z jednego języka na drugi wyniki swych w większości do niczego niezdatnych badań i roztrząsań, a jeżeli i czasami zdatnych, to tylko na pociechę bogatej mniejszości lub na pogorszenie położenia większości niezamożnej.

Po to zaś, aby już nigdy nie domyślili się, że jedyną ich rzeczywistą potrzebą jest ugruntowanie praw życiowych, wskazanych w nauce Jezusa, wmawiam w nich, że nie mogą znać praw życia duchowego i że każda nauka religijna, nie wyłączając nauki Jezusa, jest to stek błędów i zabobonów, i że wiedzę o tym, jak trzeba żyć zdobyć mogą dzięki nauce zwanej socjologią, polegającej na badaniu tego, w jak zły sposób ludzie żyli dawniej. Tak więc zamiast starać się żyć lepiej według nauki Chrystusa, myślą, że wystarczy zbadać życie dawnych ludzi, wyprowadzić z tych badań ogólne prawa życiowe i by żyć lepiej, stosować się tylko do tych wymyślonych praw. Po to zaś, aby jeszcze bardziej utwierdzić ich w błędzie, wmawiam w nich, że istnieje pewien system wiedzy zwanej nauką, i że założenia tej nauki są niepodważalne. Skoro zaś ci, którzy uważani są za działaczy nauki, nabiorą przekonania o swej nieomylności, wówczas ogłaszają jako niewątpliwe prawdy, różne zbyteczne i często oczywiste głupstwa, których wyrzec się już nie mogą, gdy raz je wygłosili. Na tej oto podstawie twierdzę, że dopóki będę wmawiał w nich cześć i służebność wobec nauki, którą dla nich wymyśliłem, nigdy nie zrozumieją tej nauki, która o włos nie doprowadzała nas do zguby.

X.

- Bardzo dobrze! Dziękuję - rzekł Belzebub i twarz jego rozjaśniła się. - Zasłużyliście na nagrodę i wynagrodzę was według zasług.
- A o nas panie zapomniałeś! - krzyknęłaa wielkim głosem zgraja diabłów różnokolorowych, małych, dużych, grubych, chudych i o krzywych nogach.
- A jakaż wasza profesja? - zapytał Belzzebub.
- Ja jestem diabłem ulepszeń technicznycch!
- Ja - podziału pracy!
- Ja - dróg i komunikacji!
- Ja - sztuki drukarskiej!
- Ja - sztuk pięknych!
- Ja - medycyny!
- Ja - kultury!
- Ja - wychowania!
- Ja - poprawy ludzi!
- Ja - odurzania się!
- Ja - filantropii!
- Ja - socjalizmu!
- Ja - feminizmu! - przekrzykiwały się wwzajemnie, cisnąc się przed oblicze Belzebuba.
- Mówcie pojedynczo i nie rozwlekle! - krzyknął Belzebub
- Czym ty się zajmujesz? - zwrócił się nnajpierw do diabła ulepszeń technicznych.
- Wmawiam w ludzi, że im więcej rzeczy będą, wytwarzać i im szybciej będą to robić, tym będą szczęśliwsi. I ludzie marnując życie na produkowanie rzeczy, wytwarzają ich coraz więcej, nie bacząc na to, że rzeczy te ani nie są potrzebne zmuszającym do ich produkowania, ani dostępne dla tych, którzy Je produkują.

- Dobrze! A ty? - zapytał Belzebub diabła podziału pracy.
- Ja wmawiam w ludzi, że skoro przedmiotty wytwarzać można szybciej za pomocą maszyn niż ręczne, więc trzeba ludzi przekształcić w maszyny; i to właśnie się robi, a ludzie przekształceni w maszyny, nienawidzą tych, którzy to z nimi zrobili.

- I to dobrze! Jak u ciebie? - rzekł Bellzebub, zwracając się do diabła dróg i komunikacji.
- Ja wmawiam w ludzi, że zachodzi potrzeeba możliwie najszybszego przemieszczania się z miejsca na miejsce. I ludzie zamiast ulepszać swe życie każdy na swoim miejscu, spędzają większą jego część w przejazdach. Są bardzo dumni z tego, że w ciągu godziny mogą przejechać 50 wiorst i więcej.

Belzebub pochwalił i tego diabła. Wysunął się z tłumu diabeł sztuki drukarskiej. Jego praca, jak objaśnił polega na tym, aby jak największej liczbie ludzi zakomunikować wszystkie te paskudztwa i głupstwa, które dzieją się i o których piszą na świecie.
Diabeł sztuk pięknych objaśnił, że pod pozorem pocieszenia i wzbudzenia u ludzi wzniosłych uczuć, pobłaża ich nałogom, przedstawiając je w ponętnej i atrakcyjnej postaci. Diabeł medycyny wyjaśnił, że wmawia w ludzi, iż najważniejszą dla nich sprawą jest troska o ciało; ponieważ zaś troska o ciało nie ma końca, więc ludzie troszczący się o swe ciało z pomocą medycyny, zapominają nie tylko o życiu innych ludzi, ale i o swoim własnym. Diabeł od kultury opisał jak wmawia w ludzi, że korzystanie z tych wszystkich przedmiotów, którymi opiekują się diabły ulepszeń technicznych, podziału pracy, dróg i komunikacji, sztuki drukarskiej, sztuk pięknych, medycyny - stanowi coś w rodzaju cnoty, i że człowiek korzystający z tego wszystkiego może być zupełnie zadowolony z siebie i nie musi starać się być lepszym. Diabeł wychowania wyjaśnił jak to wmawia w ludzi, że mogą żyjąc źle i nawet nie wiedząc na czym polega istota dobrego życia, uczyć dzieci dobrego życia.
Diabeł poprawy ludzi opowiedział, jak przekonuje ludzi, że mogą poprawiać innych, nie wyzbywając się uprzednio swych złych przyzwyczajeń.

Diabeł odurzania się chwalił się, że naucza ludzi, iż wygodniej jest szukać zapomnienia przez odurzanie się winem, opium, morfiną, tytoniem, niż uwolnić się od cierpień spowodowanych złym życiem przez poprawę tego życia. Diabeł filantropii powiedział, że wmawia ludziom, iż są dobroczynni, grabiąc na pudy i oddając ograbionym na łuty. Dzięki temu nie odczuwają potrzeby doskonalenia się, stają się niedostępni dla dobra.

Diabeł socjalizmu chwalił się, że w imię najdoskonalszej organizacji społeczeństwa ludzkiego, wznieca nienawiść klasową. Diabeł feminizmu dodał, że dla jeszcze większego udoskonalenia organizacji życia, oprócz nienawiści klasowej, wznieca jeszcze nienawiść pomiędzy ludźmi odmiennej płci.
- Jestem komfort! - A ja moda! - wrzeszcczały jeszcze inne diabły, pełznąc ku Belzebubowi.
- Czy myślicie, żem stary i głupi i nie rozumiem, że wszystko, co mogłoby być dla nas szkodliwe, staje się pożyteczne, gdy nauka o życiu jest błędna - wykrzyknął Belzebub i głośno roześmiał się.

- Dosyć! Dziękuję wszystkim! - i zatrzepotawszy skrzydłami, wstał. Diabły otoczyły go kołem. Na jednym końcu łańcucha był diabeł w pelerynce, na drugim diabeł w todze. Obaj podali sobie łapy i koło zostało zamknięte. Diabły śmiejąc się, krzycząc, gwiżdżąc i wymachując nogami, rozpoczęły taniec wokół Belzebuba. Ten zaś rozpostarłszy skrzydła zatańczył pośrodku. W górze słychać było krzyk, płacz i zgrzytanie zębów.


niedziela, 28 lutego 2010

Dzieci o białym człowieku



Dzieci o białym człowieku

Jesteśmy niczym dla białych ludzi. Nas, Hopi, jest tylko garstka, a Amerykanów są miliony. Mój ojciec powiedział mi, że ich przywódca, ktokolwiek to teraz jest, kończy swoje przemówienia mówiąc, że Bóg jest po ich stronie, a następnie potrząsa pięścią i mówi innym narodom: lepiej uważajcie, ponieważ jesteśmy wielcy i strzelamy, żeby zabić, jeśli nie uważacie.
Moja matka mówi, że wszystkie wielkie kraje są takie, ale ja znam tylko ten jeden. Należymy do niego, tak przynajmniej mówi rząd Stanów Zjednoczonych. Zjawiają się tutaj ludzie z BIA (Bureau of Indian Affairs) i wydają nam polecenia. "To prawo mówi tak, tamto inaczej, a wkrótce będą nowe prawa".

Na wypadek, gdybyśmy chcieli się sprzeciwić, oni mają żołnierzy, samoloty. Widzimy odrzutowce migające na niebie. Chmury próbują zejść im z drogi ale są za wolne. Woda próbuje uciec do oceanu, ale nie potrafi przekroczyć własnej prędkości.

Wszystko i wszyscy należą do białego człowieka. Wszystko co musi zrobić, to uznać za swoje. Uznali za swoje nas. Zabrali nam ziemię, wodę, a teraz robią to w innych miejscach. Mój wujek, który zna historię naszego ludu i Stanów Zjednoczonych mówi, że jest to smutny czas dla innych, ale kiedy mój brat zaczął się martwić o innych, wujek westchnął i powiedział: „Przynajmniej nasza kolej się skończyła, możemy się z tego teraz cieszyć”.
Jednak tak naprawdę wcale z nami nie skończyli. Przyjeżdżają tutaj, amerykańska policja, na ich samochodach migają czerwone światła – goście ze wspaniałych Stanów Zjednoczonych Ameryki. „Przyjechali” – mówi zawsze mój ojciec. Mówi nam, żebyśmy opuścili oczy. Nie posłuchałem – patrzę na nich przenikliwie, ale nigdy nic nie powiem, wiem to.

Jeśli ich Prezydent przyjechałby tutaj, zostałbym w domu. Albo może poszedłbym popatrzeć, ale nie wiwatowałbym. Widziałem w telewizji, że ludzie wiwatują Prezydentowi. W szkole pokazują nam zdjęcia białych ludzi, na których widok mamy wiwatować. Nie chcę tego. Zresztą nie wydaje mi się, żeby nauczyciele oczekiwali tego od nas. Chcą, żebyśmy udawali. Więc udajemy.



* * *

W szkole pokazują nam ich karabiny i czołgi, ale i tak o nich wiemy. Czy nie mieszkamy tutaj, w rezerwacie? Nie zjawiliśmy się tutaj ot tak, gwiżdżąc i mówiąc nonszalancko, że mamy dziś ładny dzień, o zamieszkajmy tutaj, gdzie nie będziemy nikomu przeszkadzać, i niech oni mówią nam co robić, bo przecież z radością czekamy na rozkazy.

Kiedy jestem w szkole często spoglądam przez okno. Mój nauczyciel myśli, że siedzę w ławce i słucham uważnie, ale tak naprawdę w głowie chodzę na długie spacery. (...) Na moim spacerze wyobraźni, mam ze sobą psa. To mądry pies. Uczy mnie. Wchodzę na drzewa, ale nie chcę wejść za wysoko: samoloty to nie dla mnie.

Mój dziadek mówi, że ziemia wyrzygała swoją ropę dla białego człowieka i wkrótce, kiedy się skończy, biały człowiek zostawi naszą ziemię w spokoju i wreszcie będzie u nas cicho. Ale moja babcia mówi: „Nie, biały człowiek nigdy nie odejdzie. Jest jak tornado, a tornado w Oklahomie przychodzi każdego roku”.

Kiedy biały człowiek wylądował na księżycu mój ojciec płakał. Powiedział, że ten dzień musiał przyjść, wiedział to, ale i tak płakał. Powiedziałem mu, że na księżycu nie ma żadnych Indian, niech więc nie płacze. Przez długi czas nic nie mówił. Później powiedział, że duchy naszych przodków tam są i był pewny, że Indianie tam płaczą i próbują się ukryć, mając nadzieję, że biali ludzie wkrótce wrócą na Ziemię, gdzie unieszczęśliwili tak wielu ludzi.
Ale ciocia powiedziała mi, że księżyc należy do mnie, że mogę na niego patrzeć i mówić, tak więc nie mam się o co martwić. Więc się nie martwię.

Wiecie, pewnego dnia wszystko się ułoży. Nie będzie rządu, ani jego armii, nie będzie marynarki, lotnictwa. Zostaną ludzie, którzy będą hodować swoje jedzenie, mówić „dzień dobry”, uśmiechać się i nie martwić się lądowaniem na księżycu.

Mam nadzieję, że ten dzień przyjdzie. Kiedy chodzę na spacery, w mojej wyobraźni, ciągle siedząc w ławce, to właśnie sobie mówię: przyjdzie kiedyś taki dzień, dobry dzień i wtedy wszyscy będziemy przyjaciółmi.

(Native American Testimony - Peter Nabokov)


środa, 24 lutego 2010

Nie ma świtu na wschodzie



Nie ma świtu na wschodzie

Moje słońce zaszło. Spełniły się moje dni. Zbliża się ciemność. Zanim położę się, żeby już nie wstać, chciałbym przemówić do mego ludu. Posłuchajcie mnie, ponieważ w tym dniu będę mówił tylko prawdę.

Wielki Duch stworzył nas i dał nam ziemię, na której żyjemy. Za pożywienie i ubranie dał nam bawoły, antylopy i jelenie. Polowaliśmy od Missisipi do wielkich gór. Byliśmy wolni jak wiatr i nie słuchaliśmy rozkazów żadnego człowieka. Walczyliśmy z wrogami i ugaszczaliśmy przyjaciół. Nasi wojownicy przeganiali tych, którzy chcieli ukraść naszą zwierzynę. Zabierali konie i kobiety naszym wrogom. Nasze dzieci były liczne, a nasze stada bogate. Nasi starcy rozmawiali z duchami i robili dobre lekarstwa. Nasi mężczyźni polowali i kochali się z dziewczynami. Zatrzymywaliśmy się tam, gdzie postawiliśmy tipi. Nie byliśmy więźniami żadnego domu. Nikt nie mówił: „Od tej linii jest moja ziemia, a od tej, twoja”.

Wtedy na naszej ziemi pojawił się biały człowiek. Obcy. Daliśmy mu mięso i prezenty, po czym powiedzieliśmy, żeby odszedł w pokoju. Popatrzył na nasze kobiety i zamieszkał w naszych tipi. Później przybyli jego towarzysze, którzy poprzecinali nasze tereny łowieckie drogami. Biały człowiek sprowadził tajemnicze żelazo, które strzela. Sprowadził magiczną wodę, która zamienia mężczyznę w głupca. Kupił nawet dziewczynę, którą kochałem, za świecidełka i korale.

Powiedziałem wtedy: „Biały człowiek nie jest przyjacielem. Zabijmy go”. Wtedy jednak było ich już więcej niż źdźbeł trawy. Odebrali nam bawoły i zabili najlepszych wojowników. Zabrali nam naszą ziemię i zapędzili do rezerwatów. Ich żołnierze czekali na zewnątrz z działami, żeby zastrzelić nas, gdybyśmy chcieli odejść. Wymazali ślady naszego ludu z oblicza prerii. Zmusili nasze dzieci, żeby wyparły się ścieżek ojców.

Kiedy patrzę na wschód, nie widzę świtu. Kiedy patrzę na zachód, widzę zbliżającą się noc. Noc, która zakrywa wszystko.

(z "Native American Testimony" Peter Nabokov)